Miłość sąsiedzka czy zagrożenie? Niespodziewany prezent zza płotu
— Znowu te kwiaty, Anka? — głos Bartka rozbrzmiał w kuchni, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi. W rękach trzymałam bukiet tulipanów, świeżych, pachnących, z karteczką „Miłego dnia! — Marek”. Przez chwilę stałam w progu, czując, jak serce wali mi w piersi. — Przecież to tylko sąsiad, Bartek — próbowałam się tłumaczyć, choć sama nie byłam pewna, czy to jeszcze zwykła uprzejmość, czy już coś więcej.
Bartek patrzył na mnie z niedowierzaniem, jego szczęka była zaciśnięta, a oczy ciemne od gniewu. — Sąsiad? Od kiedy sąsiedzi przynoszą sobie kwiaty i czekoladki co drugi dzień? — rzucił z goryczą, odwracając się na pięcie. W kuchni zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zegara i szelestem papieru, gdy odkładałam bukiet na stół.
Marek mieszkał naprzeciwko nas od dwóch lat. Był wdowcem, zawsze uprzejmy, pomocny. Na początku cieszyłam się z jego towarzystwa — czasem przynosił świeże warzywa z działki, innym razem pomagał mi z zakupami, gdy Bartek był w pracy. Ale od kilku tygodni coś się zmieniło. Zamiast zwykłego „dzień dobry”, pojawiły się drobne prezenty: najpierw czekoladki, potem kwiaty, a ostatnio nawet zaproszenie na kawę.
— Anka, musisz mu jasno powiedzieć, żeby przestał — Bartek nie dawał za wygraną. — To już nie jest normalne. Ludzie gadają. Ja… ja nie chcę, żebyś była tematem plotek. — Wiem, Bartek. Ale przecież nie mogę być niemiła. On jest samotny, może po prostu szuka kontaktu? — próbowałam tłumaczyć, choć sama czułam się coraz bardziej nieswojo.
Wieczorem, gdy dzieci już spały, usiedliśmy w salonie. Bartek był spięty, bawił się pilotem od telewizora, nie patrząc mi w oczy. — Kocham cię, Anka. Ale nie mogę patrzeć, jak ktoś inny próbuje cię zdobyć. — To nie tak, Bartek. Ja nic nie robię. To on… — urwałam, bo sama nie wiedziałam, jak dokończyć. Czy naprawdę nic nie robiłam? Czy może podobała mi się ta uwaga, te drobne gesty, których od Bartka nie dostawałam od lat?
Następnego dnia, gdy wracałam z pracy, Marek czekał na mnie przed furtką. — Dzień dobry, Aniu. Mam dla ciebie coś słodkiego — uśmiechnął się, wyciągając w moją stronę pudełko ptasiego mleczka. — Marek, nie trzeba… — zaczęłam, ale przerwał mi, łapiąc mnie lekko za ramię. — Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie ważna. Od kiedy tu mieszkasz, moje życie nabrało sensu. — Zamarłam. Poczułam, jak robi mi się gorąco, a jednocześnie zimno. — Marek, proszę… Ja mam rodzinę. Męża, dzieci. Nie mogę… — Wiem, Aniu. Ale nie mogę przestać o tobie myśleć. — Jego głos był cichy, niemal błagalny.
Odsunęłam się, czując, że muszę postawić granicę. — Marek, proszę, nie rób tego więcej. To nie jest w porządku wobec mnie, wobec mojej rodziny. — Przez chwilę patrzył na mnie smutno, potem skinął głową i odszedł bez słowa.
Wieczorem opowiedziałam wszystko Bartkowi. Słuchał w milczeniu, a potem przytulił mnie mocno. — Przepraszam, że byłem taki oschły. Po prostu się bałem. Bałem się, że cię stracę. — Nie stracisz mnie, Bartek. Ale… może powinniśmy porozmawiać o nas. O tym, dlaczego tak łatwo było mi przyjąć te prezenty od Marka. — Spojrzał na mnie zaskoczony, ale po chwili skinął głową.
Przez kolejne dni Marek unikał mnie, nie wychodził z domu, nie odpowiadał na „dzień dobry”. W sąsiedztwie zaczęły krążyć plotki — ktoś widział, jak Marek wręcza mi kwiaty, ktoś inny słyszał, jak Bartek podnosi na mnie głos. Czułam się obserwowana, oceniana. W sklepie pani Zosia z warzywniaka patrzyła na mnie z ukosa, a sąsiadka z naprzeciwka przestała się uśmiechać.
W domu atmosfera była napięta. Bartek starał się być bardziej czuły, przynosił mi herbatę do łóżka, pytał, jak minął mi dzień. Ale czułam, że coś się zmieniło. Że ta sytuacja zostawiła ślad, którego nie da się tak łatwo zmazać.
Pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy razem w kuchni, Bartek powiedział: — Może powinniśmy wyjechać na kilka dni. Oderwać się od tego wszystkiego. — To dobry pomysł — odpowiedziałam, choć wiedziałam, że nie ucieknę od własnych myśli.
Wyjechaliśmy nad morze, zostawiając dzieci u mojej mamy. Spacerowaliśmy po plaży, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Bartek zapytał mnie wprost: — Czy coś do niego czujesz? — Nie, Bartek. Ale… chyba brakowało mi uwagi. Czułam się przezroczysta, zapomniana. Marek po prostu to zauważył. — Przepraszam, Anka. Powinienem był być bardziej obecny. — To nie tylko twoja wina. Oboje się pogubiliśmy.
Po powrocie do domu Marek już na mnie nie czekał. Z czasem plotki ucichły, sąsiedzi zajęli się swoimi sprawami. Ale ja wciąż zastanawiam się, gdzie leży granica między uprzejmością a niechcianą uwagą. Czy mogłam wcześniej zareagować? Czy to ja dałam powód do nieporozumień? A może to po prostu życie — pełne nieoczekiwanych prezentów, które czasem okazują się ciężarem?
Czy każda uprzejmość musi mieć drugie dno? A może czasem to my sami nadajemy jej zbyt duże znaczenie? Co wy o tym myślicie?