Jak jedna noc zmieniła wszystko: Historia Mariana, sprzątaczki, która uratowała rodzinę milionera – dramat, zdrada i odkupienie w polskiej rezydencji
– Nie wytrzymam tu ani minuty dłużej! – wrzasnęła Matylda, zjeżdżając po marmurowych schodach rezydencji Nowaków z walizką w jednej ręce i pantoflem w drugiej. Była czerwona na twarzy, a na policzku miała rozmazaną marchewkę. – Rezygnuję! Nawet za wszystkie pieniądze świata nie zostanę w tym domu wariatów!
W holu zapadła cisza, przerywana tylko echem jej krzyku. Pan domu, Andrzej Nowak – czterdziestoletni potentat budowlany z Warszawy – wybiegł z gabinetu, poprawiając krawat. Zwykle jego spojrzenie paraliżowało pracowników, ale dziś był bezradny jak dziecko.
– Matylda, proszę… – zaczął błagalnie, łamiąc swój chłodny ton. – Zapłacę podwójnie! Potrójnie! Tylko zostań do weekendu!
– Nawet za milion złotych! – odparła Matylda i trzasnęła drzwiami tak mocno, że aż zadzwoniły kryształowe żyrandole.
Po chwili z piętra dobiegł chóralny płacz. To byli oni – trojaczki: Staś, Franek i Kuba. Dwulatki o sile tornada i upartości muła. Andrzej przetarł twarz dłońmi. Od śmierci żony rok temu jego życie zamieniło się w pole bitwy. Dzieci nie akceptowały żadnej opiekunki. A za dwa dni miał podpisać kontrakt życia z japońskimi inwestorami.
Stałam wtedy w kącie kuchni, ścierając podłogę. Nazywam się Mariana Zielińska. Mam 27 lat i trzy córki: Zosię, Wiktorię i malutką Emilkę. Pracuję tu jako sprzątaczka – najniżej w hierarchii. Dla nich jestem jak mebel. Ale kiedy słyszę płacz dzieci, serce mi się kraje. Wiem, co znaczy głód miłości i zmęczenie samotnej matki.
– Co się gapisz jak cielę na malowane wrota? – syknęła nagle Weronika, narzeczona Andrzeja. Piękna jak z okładki magazynu, ubrana w markowy komplet droższy niż moje roczne zarobki. Gardziła wszystkim, co biedne i brudne.
– Przepraszam, pani Weroniko – szepnęłam pokornie.
– Rusz się i posprzątaj pokój dzieci zanim Andrzej dostanie zawału! I nie waż się ich dotykać! Jeszcze im wszy przyniesiesz!
Zacisnęłam zęby. Gdyby nie to, że Emilka potrzebuje leków na astmę, rzuciłabym ścierkę pod nogi tej jędzy. Ale bieda nie pyta o dumę.
Weszłam do pokoju dzieci. Wyglądał jak po wybuchu bomby: kaszka na zasłonach, klocki pod nogami jak miny. Trojaczki stały w łóżeczkach i ryczały na cały głos. Chciałam je przytulić, ale wiedziałam, że nie wolno.
Wtedy do pokoju weszła Weronika z telefonem przy uchu.
– Masakra! Ta gruba zwiała! Znowu! Andrzej jest załamany… Oby wysłał te bachory do internatu… Są identyczne jak ta jego nieboszczka…
Staś wyciągnął rączki do niej. Weronika odtrąciła go z pogardą i… uszczypnęła mocno w ramię. Dziecko zawyło z bólu.
– Co pani robi?! – krzyknęłam bez namysłu.
Weronika odwróciła się powoli, odkładając telefon.
– Co powiedziałaś, brudasie?
– Widziałam… On tylko chciał się przytulić…
Weronika zaśmiała się sucho.
– Myślisz, że ktoś ci uwierzy? Ty jesteś nikim! Jeśli piśniesz słowo Andrzejowi, wylecisz na zbity pysk! A twoje dzieci będą głodować!
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż poczułam ból. Ale milczałam. Spojrzałam na trojaczki: patrzyły na mnie z nadzieją i strachem.
– Przepraszam was… Obiecuję, że to się nie powtórzy…
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ta obietnica zmieni moje życie.
***
Minęły trzy dni. Przez dom przewinęły się dwie kolejne nianie – jedna uciekła po czterech godzinach, druga po dwóch dniach płakała w kącie. Andrzej był wrakiem człowieka.
W nocy słyszałam płacz dzieci przez ściany. O drugiej nad ranem zebrałam się na odwagę. Weszłam do ich pokoju mimo zakazu Weroniki. Trojaczki były brudne, spocone i przerażone.
– Ciii… Już jestem…
Wzięłam Stasia na ręce, zmieniłam pieluchę, przykryłam go kocykiem. Potem Franka i Kubusia. Usiadłam na fotelu i zaczęłam śpiewać kołysankę mojej babci:
„Śpij syneczku mój kochany…”
Po kilku minutach dzieci zasypiały jedno po drugim. Wtedy usłyszałam szelest za drzwiami. To był Andrzej. Patrzył przez szparę z niedowierzaniem.
Rano w kuchni Weronika triumfowała:
– To ja uspokoiłam dzieci! Całą noc je tuliłam! – kłamała bez mrugnięcia okiem.
Andrzej był wzruszony:
– Weroniko… Może jednak będziesz dobrą matką…
A ja? Stałam przy zlewie i czułam mdłości z bezsilności.
***
W piątek rano agencja niań zadzwoniła: „Przepraszamy, ale żadna kandydatka nie chce podjąć pracy.”
Andrzej był bliski rozpaczy:
– Weroniko, musisz zostać z dziećmi!
– Zwariowałeś?! Mam wizytę u kosmetyczki!
Wtedy zebrałam się na odwagę:
– Panie Andrzeju… Ja mogę zostać z dziećmi.
Weronika parsknęła śmiechem:
– Ty? Sprzątaczka? Przecież nawet nie umiesz mówić po polsku poprawnie!
Andrzej spojrzał mi w oczy:
– Masz doświadczenie?
– Sama wychowuję trzy córki…
Spojrzał na Weronikę:
– Nie mam wyboru.
Zostałam sama z dziećmi. Bałam się jak nigdy dotąd. Ale już po godzinie trojaczki bawiły się spokojnie z moimi córkami (które wyjątkowo mogły przyjść). Zosia czytała im książeczki, Wiktoria pokazywała obrazki, Emilka tuliła Kubusia.
Wieczorem Andrzej wrócił do domu i zobaczył coś niewiarygodnego: jego synowie śmiali się głośno otoczeni moimi córkami.
– Jak ty to zrobiłaś? – zapytał cicho.
– Dzieci nie potrzebują luksusów… Potrzebują miłości.
***
Następnego dnia Weronika wróciła wcześniej niż zapowiedziała – razem ze swoją matką. Weszły do pokoju zabaw akurat wtedy, gdy Wiktoria tuliła Stasia.
– Puść go natychmiast! – wrzasnęła Weronika. – Nie dotykaj mojego przyszłego syna swoimi brudnymi łapami!
Moje córki przestraszyły się i uciekły do mnie.
– Nie pozwolę pani krzyczeć na moje dzieci! – powiedziałam stanowczo.
Weronika spojrzała na mnie z pogardą:
– Wynoś się stąd natychmiast!
W tym momencie wszedł Andrzej:
– Co tu się dzieje?
Weronika zaczęła płakać teatralnie:
– Ta kobieta napuściła swoje bachory na twoje dzieci! Chciały coś ukraść!
Andrzej spojrzał na mnie pytająco.
– To nieprawda! Moje córki tylko się bawiły!
Weronika podeszła do plecaka Zosi i wyjęła… złoty zegarek dziadka Andrzeja (który wcześniej ukradkiem tam schowała). Podniosła go triumfalnie:
– Proszę bardzo! Złodziejka!
Zamarłam. Zosia zaczęła płakać:
– Mamo, ja nic nie zrobiłam!
Andrzej pobladł:
– Mariana…?
Patrzył na mnie jak na obcą osobę.
– Przysięgam… Ktoś nam to podrzucił!
Weronika triumfowała:
– Dzwoń po policję!
Andrzej spojrzał mi w oczy:
– Proszę wyjść z mojego domu…
Zebrałam córki i wyszłyśmy pod deszczem na ulicę. Ludzie patrzyli na nas jak na przestępczynie.
***
W domu płakałyśmy całą noc. Nie miałam już siły walczyć o sprawiedliwość.
Ale los bywa przewrotny. Następnego dnia rano zadzwonił do mnie kierowca Andrzeja:
– Pani Mariano… Musi pani wrócić do rezydencji! Jest nagranie z kamery ukrytej w pluszaku dzieci! Wszystko się nagrało!
Pojechałam tam drżąca ze strachu i nadziei.
Andrzej czekał na mnie w salonie pełnym ludzi: personelu, rodziny Weroniki i jej rodziców.
Na ekranie zobaczyliśmy wyraźnie: Weronika chowa zegarek do plecaka Zosi.
Zapadła cisza grozy.
Andrzej ukląkł przede mną publicznie:
– Przepraszam cię… Przepraszam twoje córki… Byłem ślepy…
Weronika została wyprowadzona przez policję za próbę fałszywego oskarżenia i znieważenie dziecka.
Andrzej poprosił mnie o powrót jako niani i zarządczyni domu – z trzykrotnie wyższą pensją oraz pełnym ubezpieczeniem dla moich córek.
Przez kolejne miesiące dom Nowaków zmienił się nie do poznania: dzieci były szczęśliwe, Andrzej wracał wcześniej do domu, a ja czułam się częścią rodziny.
Pół roku później podczas rodzinnej uroczystości Andrzej ukląkł przede mną raz jeszcze – tym razem z pierścionkiem:
– Mariana… Czy zostaniesz moją żoną?
Patrzyłam na niego przez łzy szczęścia i niedowierzania. Moje córki piszczały z radości wokół nas. Trojaczki tuliły się do moich nóg.
Odpowiedziałam „tak”.
Dziś siedzę przy stole pełnym dzieciaków i śmiechu. Czasem patrzę przez okno tej wielkiej rezydencji i pytam siebie: czy naprawdę można wybaczyć tak wielką krzywdę? Czy każda rana może się zagoić dzięki miłości?
A wy? Czy potrafilibyście zaufać jeszcze raz komuś, kto was tak bardzo zranił? Jak daleko sięga wasza wiara w drugiego człowieka?