Czerwona sukienka, białe ściany: Opowieść o rodzinie, winie i przebaczeniu

Wszystko zaczęło się od krzyku. Takiego, który rozcina ciszę jak nóż i sprawia, że nawet ściany drżą. Był piątek, godzina dziewiętnasta, a ja – Zofia Maj, trzydziestodwuletnia nauczycielka z małego miasta pod Wrocławiem – stałam w kuchni z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie. Właśnie wtedy usłyszałam, jak moja matka wrzeszczy na mojego ojca.

– Ty kłamco! – jej głos odbijał się echem od kafelków. – Myślisz, że nie wiem, gdzie byłeś przez te wszystkie lata?

Zamarłam. Przez chwilę miałam nadzieję, że to kolejna z ich codziennych sprzeczek. Ale tym razem było inaczej. Wybiegłam z kuchni, ociekając wodą, i zobaczyłam ich – matkę w czerwonej sukience, z rozmazanym makijażem i ojca, który pierwszy raz od lat wyglądał na naprawdę przestraszonego.

– Zosiu, idź do siebie – rzucił ojciec, ale matka złapała mnie za rękę.

– Nie! Niech słucha! Niech wreszcie wie, w jakim domu żyje!

Patrzyłam na nich oboje i czułam, jak coś we mnie pęka. Przez całe życie byłam tą grzeczną córką – zawsze z piątkami na świadectwie, zawsze gotową pomóc. Ale tej nocy wszystko miało się zmienić.

Matka zaczęła mówić rzeczy, których nie chciałam słyszeć. O tym, jak ojciec miał romans z sąsiadką z naprzeciwka – panią Heleną, którą znałam od dziecka. O tym, jak przez lata udawała przed mną i bratem, że wszystko jest w porządku. O tym, jak bardzo ją to bolało.

– Myślisz, że nie widziałam tych spojrzeń? – syczała matka. – Myślisz, że nie słyszałam szeptów ludzi na ulicy?

Ojciec milczał. Patrzył na mnie z takim żalem, że aż zrobiło mi się niedobrze.

– To prawda? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedział. Po prostu wyszedł z domu i już nie wrócił tej nocy.

Zostawił nas same – mnie i matkę. Siedziałyśmy w kuchni do późna. Ona płakała, ja próbowałam ją pocieszyć, choć sama czułam się zdradzona. Nie tylko przez ojca, ale też przez matkę – za to, że przez tyle lat żyła w kłamstwie i pozwalała mi wierzyć w bajkę o szczęśliwej rodzinie.

Następnego dnia zadzwonił mój brat Michał.

– Co tam u was? – zapytał beztrosko.

– Lepiej nie pytaj – odpowiedziałam i opowiedziałam mu wszystko.

Przyjechał tego samego dnia. Zawsze był tym silniejszym z nas dwojga – sportowiec, dusza towarzystwa. Ale kiedy usłyszał całą historię, zobaczyłam w jego oczach łzy.

– Wiedziałem… Zawsze coś mi nie pasowało – powiedział cicho.

Przez kolejne dni dom zamienił się w pole bitwy. Matka przestała gotować obiady. Ojciec spał u kolegi z pracy. Ja próbowałam utrzymać pozory normalności – chodziłam do szkoły, prowadziłam lekcje polskiego, uśmiechałam się do uczniów. Ale w środku czułam się pusta.

Pewnego wieczoru matka weszła do mojego pokoju bez pukania.

– Zosiu… Przepraszam cię za wszystko. Za to, że musiałaś to usłyszeć. Za to, że nie byłam silniejsza.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam ją przytulić, ale coś mnie powstrzymało.

– Dlaczego nie odeszłaś? Dlaczego pozwoliłaś mu tak cię traktować?

Spojrzała na mnie z bólem.

– Bo bałam się zostać sama. Bo miałam was. Bo myślałam, że tak trzeba…

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w niej nie tylko matkę, ale też kobietę – słabą, zagubioną i przerażoną samotnością.

Kilka dni później ojciec wrócił do domu. Próbował rozmawiać z matką, ale ona nie chciała go słuchać. Próbował rozmawiać ze mną.

– Zosiu… Wiem, że cię zawiodłem. Ale kocham cię. Jesteś moją córką.

Nie mogłam mu wybaczyć. Nie wtedy.

W pracy zaczęły się problemy. Byłam rozkojarzona, popełniałam błędy. Dyrektorka wezwała mnie na rozmowę.

– Zosiu… Co się dzieje? Zawsze byłaś taka sumienna…

Nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Po prostu rozpłakałam się w jej gabinecie.

Wróciłam do domu i zobaczyłam matkę siedzącą przy stole z butelką wina.

– Nie dam rady… – szepnęła.

Zadzwoniłam po Michała. Przyjechał natychmiast.

– Musimy coś zrobić – powiedział stanowczo. – Albo ona pójdzie na terapię, albo wszystko się rozpadnie.

Matka nie chciała słyszeć o psychologu. Krzyczała na nas oboje:

– Myślicie, że jestem wariatką? Że nie potrafię sobie poradzić?

Ale widziałam strach w jej oczach.

Ojciec próbował wrócić do normalności. Zaczął przynosić kwiaty, gotować obiady (co wychodziło mu fatalnie), naprawiać drobne rzeczy w domu. Ale matka była nieugięta.

W końcu zgodziła się na terapię rodziną. Pierwsze spotkanie było koszmarem – wszyscy płakaliśmy, krzyczeliśmy na siebie nawzajem. Psycholożka zapytała mnie:

– Zosiu, czego ty chcesz?

Nie wiedziałam. Chciałam tylko spokoju.

Michał wyprowadził się do dziewczyny do Wrocławia. Zostałyśmy z matką same w domu pełnym wspomnień i niedopowiedzeń.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani Helena – ta sama sąsiadka.

– Zosiu… Przepraszam cię za wszystko. To nigdy nie powinno się wydarzyć…

Nie odpowiedziałam jej niczego ważnego. Po prostu się rozłączyłam.

Matka powoli dochodziła do siebie. Zaczęła wychodzić na spacery, spotykać się z koleżankami z pracy. Ja też próbowałam żyć dalej – wróciłam do czytania książek, zaczęłam chodzić na jogę.

Ale coś we mnie zostało złamane na zawsze.

Po roku ojciec wrócił do domu na stałe. Matka wybaczyła mu – albo nauczyła się żyć z jego winą. Ja nigdy nie potrafiłam spojrzeć na niego tak samo jak dawniej.

Dziś mam trzydzieści pięć lat i mieszkam sama w wynajmowanym mieszkaniu we Wrocławiu. Matka dzwoni do mnie co tydzień i pyta:

– Kiedy przyjedziesz?

Ojciec czasem pisze SMS-y: „Tęsknię za tobą”.

Nie wiem jeszcze, czy potrafię im wybaczyć wszystko to, co mi zrobili – i sobie za to, że przez tyle lat udawałam przed sobą samą.

Czasem patrzę na siebie w lustrze i pytam: czy można naprawdę zacząć od nowa? Czy rodzina to zawsze musi być ból i kompromis? A może przebaczenie jest jedyną drogą do wolności?