Cień winy: Historia Krzyśka i Marka z mazurskiej wsi – czy naprawdę znamy tych, których kochamy?

– Krzysiek, przestań! – głos Marka odbił się echem po ciemnym podwórku, kiedy trzasnąłem drzwiami od stodoły. Było już po północy, a w powietrzu czuć było burzę, choć niebo pozostawało bezchmurne. Stałem tam, zaciskając pięści, czując jak gniew i bezsilność ściskają mi gardło.

Nie tak miał wyglądać ten weekend. Przyjechałem do rodzinnej wsi na Mazurach, żeby odpocząć od Warszawy, od pracy, od wiecznego pośpiechu. Marek, mój młodszy brat, czekał na mnie z żoną i dziećmi. Mama upiekła sernik, tata wyciągnął stare zdjęcia. Wszystko miało być jak dawniej – śmiechy przy stole, rozmowy do późna, zapach świeżo skoszonej trawy.

Ale już pierwszego wieczoru coś zaczęło wisieć w powietrzu. Marek był spięty, unikał mojego wzroku. Kiedy spytałem go o to przy ognisku, tylko wzruszył ramionami.

– Daj spokój, Krzysiek. Zawsze musisz wszystko rozgrzebywać?

Zignorowałem to. Przecież zawsze był zamknięty w sobie. Ale potem przyszła sąsiadka, pani Zofia. Przyniosła słoik ogórków i… plotki.

– Słyszeliście o tej sprawie z lasu? – zaczęła szeptem. – Ktoś ukradł drewno z działki pana Staszka. Mówią, że widziano tu kogoś z waszej rodziny…

Mama pobladła. Tata spojrzał na Marka. Ja poczułem, jak serce zaczyna mi walić.

– Co ty opowiadasz, Zośka? – próbowałem żartować. – My tu tylko na weekend.

Ale ona już patrzyła na Marka.

– Marek, ty byłeś w lesie wczoraj wieczorem?

Marek spuścił głowę. Wszyscy zamilkli. Przez chwilę słychać było tylko cykanie świerszczy.

Po kolacji próbowałem z nim porozmawiać.

– Marek, powiedz mi prawdę. Byłeś tam?

– Nie twoja sprawa – odburknął i wyszedł na dwór.

Nie mogłem zasnąć tej nocy. W głowie kołatały mi się obrazy: Marek idący przez ciemny las, tata patrzący na niego z rozczarowaniem, mama płacząca po cichu w kuchni. Czy naprawdę mógłby coś takiego zrobić? Przecież to mój brat…

Rano atmosfera była jeszcze gorsza. Tata nie odezwał się ani słowem przy śniadaniu. Mama udawała, że wszystko jest w porządku, ale widziałem łzy w jej oczach.

W południe przyszedł pan Staszek z sołtysem.

– Musimy to wyjaśnić – powiedział sołtys poważnym tonem. – Ktoś widział twojego syna w lesie, panie Janie.

Tata spojrzał na Marka.

– Synu…

Marek milczał. W końcu nie wytrzymałem.

– To nie on! – krzyknąłem. – Marek był ze mną cały wieczór!

Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni. Skłamałem. Nie wiem dlaczego – może chciałem go chronić, może nie mogłem znieść myśli, że ktoś z naszej rodziny mógłby być złodziejem.

Sołtys pokiwał głową.

– Dobrze, ale jeśli kłamiesz…

Pan Staszek patrzył na nas z niedowierzaniem.

– Kiedyś byliście porządną rodziną – mruknął i wyszedł.

Po ich wyjściu tata wybuchł.

– Co ty narobiłeś?! Jeśli Marek jest winny, musi się przyznać!

Mama zaczęła płakać.

– Przestańcie! To tylko drewno…

Marek zerwał się z krzesła i wybiegł z domu. Pobiegłem za nim.

Znalazłem go nad jeziorem. Siedział na pomoście i rzucał kamienie do wody.

– Marek…

– Po co to zrobiłeś? – zapytał cicho. – Po co kłamałeś?

Usiadłem obok niego.

– Bo jesteś moim bratem. Nie mogłem pozwolić, żeby wszyscy się na ciebie rzucili.

Milczał długo.

– Krzysiek… Ja naprawdę tam byłem. Ale nie po drewno. Spotkałem się z Anką.

Zamarłem. Anka była żoną pana Staszka.

– Co ty mówisz…

– To skomplikowane – westchnął Marek. – Od dawna się spotykamy. Ona nie kocha Staszka…

Poczułem się jakby ktoś uderzył mnie w brzuch.

– Marek… Przecież on cię zabije, jeśli się dowie!

– Wiem – odpowiedział cicho. – Ale nie mogę już inaczej żyć.

Siedzieliśmy tak długo w milczeniu. W końcu wróciliśmy do domu. Rodzice patrzyli na nas pytająco, ale nic nie powiedzieliśmy.

Wieczorem przyszła Anka. Była blada i roztrzęsiona.

– Muszę wyjechać – powiedziała do Marka. – Staszek coś podejrzewa…

Marek spojrzał na mnie błagalnie.

– Pomóż nam, Krzysiek…

Nie wiedziałem co robić. Pomóc bratu uciec z kochanką? Zdradzić rodzinę? Zostać lojalnym wobec sąsiadów?

Tej nocy nie spałem ani minuty. Rano Anka i Marek zniknęli. Rodzice bali się wychodzić z domu. Wieś huczała od plotek.

Minęły dwa tygodnie zanim dostałem od Marka SMS-a: „Jesteśmy bezpieczni”.

Do dziś nie wiem, czy postąpiłem słusznie. Czy można chronić bliskich za wszelką cenę? Czy lojalność wobec rodziny jest ważniejsza niż prawda?

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę znam tych, których kocham? A może każdy z nas nosi w sobie cień winy?