Nie ma kołyski, nie ma przewijaka, nawet butelki – Mój powrót do domu w chaosie
Drzwi do mieszkania zatrzasnęły się za mną z głuchym hukiem, a echo tego dźwięku odbiło się w mojej głowie jak wyrzut sumienia. Stałam w korytarzu, trzymając w ramionach maleńką Zosię, która spała spokojnie, nieświadoma, że jej pierwszy dom nie jest gotowy na jej przyjęcie. W powietrzu unosił się zapach kurzu i stęchlizny, a w salonie panował bałagan – sterty nieposkładanych ubrań, puste kubki po kawie, gazety porozrzucane na podłodze. Przez chwilę miałam ochotę wybuchnąć płaczem, ale powstrzymałam się, bo przecież musiałam być silna. Dla niej.
– Michał? – zawołałam niepewnie, choć wiedziałam, że go nie ma. Znowu został w pracy, jakby nie rozumiał, że właśnie dziś najbardziej go potrzebuję. Przez dziewięć miesięcy powtarzał, że wszystko będzie dobrze, że damy radę, a teraz, gdy wracam z naszą córką, nie ma go przy mnie. Nawet nie zadzwonił, żeby zapytać, czy czegoś potrzebuję.
Przeszłam do pokoju, który miał być pokojem Zosi. Puste ściany, brak kołyski, przewijaka, nawet butelki nie znalazłam w szafce. Wszystko miało być gotowe, obiecywał. „Zajmę się tym, kochanie, ty odpoczywaj” – mówił, gdy leżałam w szpitalu po cesarce, zmęczona i obolała. Teraz czułam tylko złość i rozczarowanie.
Usiadłam na kanapie, przytulając Zosię mocniej, jakby jej obecność mogła wypełnić pustkę, która narastała we mnie z każdą minutą. W głowie kłębiły się myśli: jak mam być dobrą matką, skoro nie potrafię nawet zapewnić jej podstawowych rzeczy? Dlaczego wszystko muszę robić sama? Czy to tak będzie wyglądać nasze życie?
Telefon zadzwonił, przerywając ciszę. Michał. Odebrałam, zanim zdążyłam się zastanowić, co mu powiem.
– Cześć, już jesteście w domu? – zapytał, jakby nic się nie stało.
– Tak, jesteśmy. Wiesz, nie ma tu niczego. Nie przygotowałeś nawet łóżeczka. – Głos mi zadrżał, ale starałam się nie płakać.
– Przepraszam, miałem dziś ważną prezentację, nie zdążyłem… – zaczął się tłumaczyć, ale przerwałam mu.
– Michał, ja tu jestem sama z noworodkiem! Nie wiem nawet, gdzie mam ją położyć! – wykrzyczałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
– Zaraz wrócę, obiecuję. – Jego głos był cichy, jakby się bał, że zaraz wybuchnę.
Rozłączyłam się bez słowa. Przez chwilę siedziałam w bezruchu, wsłuchując się w oddech Zosi. Była taka spokojna, taka niewinna. Zasłużyła na coś lepszego niż matkę, która nie radzi sobie z rzeczywistością i ojca, który ucieka w pracę.
Wieczorem Michał wrócił. Przyniósł ze sobą torbę z pieluchami, butelkami i jakąś kołyską, którą kupił w pośpiechu. Widziałam, że jest zmęczony, ale nie potrafiłam już ukryć żalu.
– Przepraszam, naprawdę chciałem… – zaczął, ale przerwałam mu.
– Chciałeś, ale nie zrobiłeś. Zawsze coś ważniejszego. Praca, projekty, klienci. A ja? A Zosia? – Mój głos był ostry, pełen pretensji.
– Przecież robię to dla nas! – wybuchł. – Chcę, żebyśmy mieli wszystko, czego potrzebujemy.
– My nie potrzebujemy pieniędzy, Michał. Potrzebujemy ciebie. Potrzebuję cię tu, teraz, kiedy nie wiem, jak poradzić sobie z tym wszystkim. – Zaczęłam płakać, nie mogąc już dłużej udawać silnej.
Michał usiadł obok mnie, próbując mnie objąć, ale odsunęłam się. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, każde z nas zamknięte w swoim bólu. Zosia zaczęła płakać, a ja poczułam, że zaraz się rozpadnę.
– Pomóż mi, proszę – wyszeptałam, patrząc na niego błagalnie.
Wstał, wziął Zosię na ręce i zaczął ją kołysać. Patrzyłam na nich i czułam, jak coś we mnie pęka. Może jeszcze nie wszystko stracone?
Noc była ciężka. Zosia płakała, ja płakałam, Michał próbował nas pocieszać, ale czułam, że oddaliliśmy się od siebie bardziej niż kiedykolwiek. Rano, gdy Michał szykował się do pracy, spojrzałam na niego z wyrzutem.
– Zostaniesz dziś z nami? – zapytałam cicho.
– Nie mogę, mam ważne spotkanie… – odpowiedział, unikając mojego wzroku.
– Zawsze masz coś ważniejszego. – Westchnęłam, czując, jak narasta we mnie bezsilność.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Zosia patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami, jakby pytała, dlaczego mama jest smutna. Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć.
Przez kolejne dni próbowałam jakoś funkcjonować. Karmiłam Zosię, przewijałam, tuliłam, ale czułam się coraz bardziej samotna. Mama dzwoniła codziennie, pytała, czy nie przyjechać, ale nie chciałam jej martwić. Chciałam udowodnić, że dam radę. Że jestem silna. Ale z każdym dniem było coraz trudniej.
Wieczorami Michał wracał późno, zmęczony, rozdrażniony. Unikaliśmy rozmów, każde z nas zamknięte w swoim świecie. Czułam, że oddalamy się od siebie, że nasza rodzina rozpada się na moich oczach.
Pewnego dnia, gdy Zosia miała już trzy tygodnie, nie wytrzymałam. Gdy Michał wrócił do domu, wybuchłam.
– Nie mogę tak dłużej! – krzyknęłam. – Czuję się, jakbym była tu sama! Ty jesteś tylko gościem w tym domu!
– Przesadzasz! – odparł. – Przecież robię wszystko, żeby nam niczego nie brakowało!
– Ale mnie brakuje ciebie! – wykrzyczałam. – Nie chcę być sama! Nie chcę, żeby Zosia dorastała bez ojca!
Michał spojrzał na mnie zaskoczony, jakby dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo cierpię. Usiadł obok mnie, wziął mnie za rękę.
– Przepraszam. Nie wiedziałem, że aż tak cię to boli. Myślałem, że damy radę, że jesteś silniejsza ode mnie… – wyszeptał.
– Nie jestem. Potrzebuję cię. Potrzebuję, żebyś był tu, z nami. – Oparłam głowę na jego ramieniu, czując, jak łzy spływają mi po policzkach.
Od tamtej pory Michał zaczął się zmieniać. Brał urlop, spędzał z nami więcej czasu, pomagał przy Zosi. Było ciężko, kłóciliśmy się, płakaliśmy, ale powoli zaczęliśmy odbudowywać naszą rodzinę. Zrozumieliśmy, że najważniejsze to być razem, wspierać się, nawet jeśli wszystko wokół się wali.
Czasem, gdy patrzę na Zosię, zastanawiam się, jak długo jeszcze będziemy musieli walczyć o siebie. Czy uda nam się odbudować zaufanie? Czy potrafimy być rodziną, mimo wszystkich błędów i rozczarowań? Może właśnie to jest prawdziwa siła – nie poddawać się, nawet gdy wszystko wydaje się stracone.