Jedno lato nad Zalewem Zegrzyńskim, które zmieniło wszystko: Dlaczego już nigdy nie pojadę na wakacje z rodziną męża
— Naprawdę musimy tam jechać? — zapytałam Michała, patrząc na niego z mieszanką niepokoju i zmęczenia. Siedziałam na brzegu łóżka, ściskając w dłoni listę rzeczy do spakowania. Michał wzruszył ramionami, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. — Ola, to tylko kilka dni. Moja mama się ucieszy. Poza tym, wszyscy już się zgodzili.
Wiedziałam, że nie mam wyjścia. Każde lato wyglądało podobnie: cała rodzina Michała spotykała się nad Zalewem Zegrzyńskim, wynajmowaliśmy domki, grillowaliśmy, kąpaliśmy się w wodzie i udawaliśmy, że jesteśmy szczęśliwi. Ale w tym roku wszystko było inne. Mój sklepik z rękodziełem ledwo wiązał koniec z końcem po pandemii, a Michał stracił pracę w banku. Ledwo starczało nam na rachunki, a tu jeszcze trzeba było dorzucić się do wspólnego domku, jedzenia i atrakcji.
Już pierwszego dnia poczułam się jak intruz. Teściowa, pani Halina, od rana narzekała na pogodę i ceny w sklepach. — Ola, mogłabyś zrobić zakupy? Ty najlepiej znasz się na promocjach — rzuciła niby żartem, ale wiedziałam, co to znaczy: mam wydać swoje pieniądze na jedzenie dla wszystkich. Michał stał obok i nawet nie próbował mnie bronić.
Wieczorem siedzieliśmy przy ognisku. Szwagierka Ania opowiadała o swoich wakacjach w Grecji, a jej mąż Jarek chwalił się nowym samochodem. Czułam się coraz mniejsza. Kiedy przyszło do podziału kosztów za wynajem łódki, wszyscy spojrzeli na mnie i Michała. — Wy jeszcze nie płaciliście — powiedział Jarek z uśmiechem. — To tylko 300 złotych.
Spojrzałam na Michała błagalnie, ale on tylko spuścił wzrok. Wyjęłam portfel i oddałam ostatnie banknoty. W środku aż mnie ścisnęło. Czy naprawdę jestem tu tylko po to, żeby płacić za czyjeś przyjemności?
Następnego dnia teściowa przyszła do naszego domku z pretensjami. — Ola, mogłabyś pomóc mi posprzątać po śniadaniu? Ania jest zmęczona po podróży.
— A ja? — zapytałam cicho. — Ja też jestem zmęczona.
— Ty jesteś młoda, dasz radę — odpowiedziała bez cienia uśmiechu.
Wyszłam na chwilę nad wodę, żeby złapać oddech. Patrzyłam na spokojną taflę jeziora i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Zawsze starałam się być miła, pomocna, nie sprawiać problemów. Ale tu nikt tego nie doceniał. Byłam tylko „żoną Michała”, która ma być grzeczna i robić wszystko dla innych.
Wieczorem wybuchła awantura o pieniądze. Jarek zaczął liczyć wydatki i okazało się, że brakuje 200 złotych na wspólne zakupy. — Może Ola coś źle policzyła? — rzuciła Ania z przekąsem.
— Nie, wszystko zapisałam — odpowiedziałam stanowczo.
— Może powinniśmy następnym razem wybrać tańsze miejsce? — dodał Michał cicho.
— Albo nie zapraszać tych, którzy nie chcą się dorzucać! — krzyknęła teściowa.
Poczułam się upokorzona jak nigdy wcześniej. Wyszłam z domku i poszłam przed siebie w ciemność. Nad jeziorem usiadłam na zimnym pomoście i zaczęłam płakać. W głowie kłębiły mi się myśli: dlaczego zawsze muszę udowadniać swoją wartość? Dlaczego nikt nie widzi mojego wysiłku?
Następnego ranka podjęłam decyzję. Spakowałam swoje rzeczy i powiedziałam Michałowi:
— Wracam do domu. Nie chcę tu być ani minuty dłużej.
Spojrzał na mnie zaskoczony i przestraszony.
— Ola, nie możesz tak po prostu odejść! Co powiem mamie?
— Powiedz jej prawdę. Że nie jestem tu służącą ani bankomatem.
Wsiadłam do autobusu do Warszawy z poczuciem ulgi i smutku jednocześnie. Przez całą drogę zastanawiałam się nad swoim życiem. Czy naprawdę muszę poświęcać siebie dla innych? Czy rodzina to tylko obowiązek i wyrzeczenia?
Po powrocie długo nie rozmawiałam z Michałem ani jego rodziną. Zaczęłam skupiać się na sobie i swoim sklepie. Zrozumiałam, że jeśli sama siebie nie postawię na pierwszym miejscu, nikt tego za mnie nie zrobi.
Czasem wracam myślami do tamtego lata nad Zalewem Zegrzyńskim i pytam siebie: czy warto było tyle znosić dla czyjegoś uznania? Czy rodzina to naprawdę miejsce, gdzie można być sobą? A może czasem trzeba po prostu odejść, żeby odnaleźć własny spokój?