Wyrzucili mnie z domu, gdy zaszłam w ciążę. Po latach przyszli błagać o pomoc – czy powinnam im wybaczyć?

— Nie wracaj tu więcej! — krzyczała mama, a jej głos odbijał się echem w mojej głowie jeszcze długo po tym, jak zatrzasnęły się za mną drzwi. Stałam na klatce schodowej z jedną walizką i testem ciążowym w kieszeni kurtki. Wtedy miałam osiemnaście lat i czułam się jak dziecko, które nagle musi stać się dorosłe. Tata nie powiedział ani słowa — tylko patrzył na mnie tym swoim zimnym wzrokiem, jakby nie widział już we mnie córki.

Marek czekał na mnie pod blokiem. Był przerażony tak samo jak ja, ale próbował być silny. — Damy radę, Anka — powiedział, ściskając moją dłoń. — Zobaczysz, wszystko się ułoży. Ale w jego oczach widziałam strach. Mieliśmy tylko siebie i dziecko, które dopiero miało przyjść na świat.

Pierwsze miesiące były koszmarem. Wynajęliśmy maleńki pokój w starej kamienicy na Pradze. Właścicielka, pani Halina, patrzyła na nas z litością i czasem podrzucała zupę albo kawałek ciasta. Marek pracował na budowie, ja sprzątałam w biurach po nocach. Brakowało nam na wszystko — na jedzenie, na ubrania dla dziecka, na rachunki. Często płakałam po cichu w łazience, żeby Marek nie widział.

Kiedy urodziła się Zosia, świat stał się jeszcze trudniejszy i piękniejszy jednocześnie. Patrzyłam na jej maleńką twarz i obiecywałam sobie, że nigdy jej nie zostawię. Że zawsze będę przy niej, nawet jeśli wszystko inne się zawali. Marek był cudownym ojcem, choć czasem widziałam, jak przygniata go odpowiedzialność. Miał dopiero dziewiętnaście lat.

Przez lata nauczyłam się być twarda. Skończyłam zaocznie liceum, potem kurs księgowości. Marek awansował na brygadzistę. Powoli zaczęliśmy wychodzić na prostą. Kupiliśmy używany samochód, wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie na Targówku. Zosia rosła jak na drożdżach — była naszym słońcem.

Moi rodzice przez te wszystkie lata nie odezwali się ani razu. Czasem śniło mi się, że dzwonią do drzwi i przepraszają. Ale to były tylko sny.

Aż do tamtego dnia.

Była sobota, padał deszcz. Zosia oglądała bajki w salonie, Marek naprawiał coś przy samochodzie pod blokiem. Usłyszałam dzwonek do drzwi i pomyślałam, że to sąsiadka przyszła pożyczyć cukier. Otworzyłam i… zamarłam.

Przed moimi drzwiami stali moi rodzice. Mama była blada i wyraźnie schudła, tata trzymał ją za ramię jakby bał się, że upadnie.

— Aniu… — zaczęła mama drżącym głosem. — Możemy wejść?

Stałam jak sparaliżowana. W jednej chwili wróciły wszystkie wspomnienia: zimne spojrzenie taty, krzyk mamy, samotność tamtej nocy.

— Po co przyszliście? — zapytałam ostro.

Tata spuścił wzrok. Mama zaczęła płakać.

— Tata jest chory… — wyszeptała. — Potrzebujemy pomocy. Straciliśmy mieszkanie… Nie mamy gdzie pójść.

Poczułam wściekłość i żal naraz. Przez dziesięć lat nie byliście moimi rodzicami! Chcieliście mnie wymazać ze swojego życia! A teraz stoicie tu i prosicie o pomoc?

Zosia podeszła do drzwi i spojrzała na nich ciekawie.

— Kim są ci państwo? — zapytała cicho.

— To… twoi dziadkowie — odpowiedziałam z trudem.

Wpuściłam ich do środka. Usiadłam naprzeciwko nich przy kuchennym stole. Marek wszedł do mieszkania i spojrzał pytająco — wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumiał sytuację.

— Aniu… — zaczął tata cicho. — Wiem, że nie mamy prawa cię o nic prosić po tym wszystkim… Ale jesteś naszą córką. Popełniliśmy błąd…

— Błąd? — przerwałam mu ostro. — Wyrzuciliście mnie z domu, kiedy najbardziej was potrzebowałam! Byliście dla mnie martwi przez dziesięć lat!

Mama płakała coraz głośniej.

— Przepraszam… Tak bardzo żałuję… Byliśmy przerażeni… Myśleliśmy, że to dla twojego dobra…

— Dla mojego dobra? — śmiałam się przez łzy. — Wiecie, ile razy chciałam do was zadzwonić? Ile razy płakałam w nocy ze strachu i samotności?

Zapadła cisza. Zosia patrzyła na nas szeroko otwartymi oczami.

— Aniu… — odezwał się Marek cicho. — Może powinniśmy im pomóc?

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

— A jeśli oni znowu mnie skrzywdzą? Jeśli znowu odwrócą się ode mnie wtedy, gdy będę ich potrzebować?

Tata wyciągnął do mnie rękę.

— Proszę… Daj nam szansę to naprawić…

W głowie miałam mętlik. Przez tyle lat budowałam mur wokół serca — teraz miałam go zburzyć?

Zgodziłam się ich przyjąć na kilka dni. Pomogłam znaleźć lekarza dla taty, załatwiłam formalności w MOPS-ie. Ale wciąż nie potrafiłam im zaufać.

Wieczorami leżałam obok śpiącej Zosi i zastanawiałam się: czy wybaczenie jest możliwe? Czy można odbudować rodzinę po tylu latach bólu?

Czasem widzę w oczach mamy rozpaczliwą nadzieję, a w oczach taty – skruchę pomieszaną ze strachem przed śmiercią w samotności.

Ale czy to wystarczy?

Czy naprawdę powinnam im pomóc? Czy wy bylibyście w stanie wybaczyć takim rodzicom jak moi?