Słowa, których nie wypowiedziałam: Moje życie pod matczynym kloszem
— Nie mogę już tak dłużej, mamo! — krzyknęłam, czując jak głos drży mi od łez. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni, tej samej, w której przez lata słyszałam: „Zostaw, ja to zrobię lepiej”, „Nie wychodź, bo się przeziębisz”, „Nie rozumiesz, co jest dla ciebie dobre”. Teraz jej twarz była blada, a oczy pełne wyrzutu.
— To ja jestem winna wszystkiemu? — zapytała cicho, ściskając fartuch tak mocno, że pobielały jej knykcie. — Przecież chciałam tylko dobrze.
Od dziecka żyłam pod staklenym kloszem. Mama była moim całym światem — i moim strażnikiem. Nazywała mnie „swoją małą Kasią”, nawet kiedy miałam już dwadzieścia lat. Każda moja decyzja była podważana: wybór liceum, przyjaciół, nawet fryzury. Gdy miałam trzynaście lat i chciałam iść na noc do Magdy, usłyszałam: „Nie wiesz, co się może stać. Tylko ja cię ochronię”.
Ojciec był cichy, wycofany. Pracował długo, wracał zmęczony i siadał przed telewizorem. Czasem próbował coś powiedzieć mamie, ale ona zawsze miała ostatnie słowo. Ja? Uczyłam się milczeć. Z czasem nauczyłam się też kłamać: „Tak, wszystko w porządku”, „Nie, nie potrzebuję niczego”, „Tak, zrobię jak chcesz”.
W liceum zaczęłam się dusić. Koleżanki chodziły na imprezy, spotykały się z chłopakami. Ja wracałam do domu punktualnie o siedemnastej. Mama czekała z obiadem i pytaniami: „Kto był? O czym rozmawiałyście? Dlaczego masz taką minę?” Czułam się jak w klatce. Marzyłam o tym, żeby choć raz nie musieć się tłumaczyć.
Wszystko zmieniło się na studiach. Wyjechałam do Krakowa. Przez pierwszy miesiąc dzwoniła codziennie: „Czy zjadłaś? Czy nie jest ci zimno? Czy nie boisz się sama spać?” Potem zaczęła przyjeżdżać bez zapowiedzi. Pewnego dnia zastała mnie z kolegą z roku. Zrobiła mi awanturę na środku korytarza akademika: „Jak możesz tak się prowadzić?!” Wtedy po raz pierwszy powiedziałam jej, żeby przestała mnie kontrolować.
Przez kolejne lata próbowałam budować własne życie. Poznałam Pawła — spokojnego chłopaka z Nowej Huty. Był inny niż wszyscy: słuchał mnie, nie oceniał. Kiedy powiedziałam mamie o naszym związku, wzruszyła ramionami: „On nie jest dla ciebie. Zobaczysz.”
Mimo wszystko zamieszkaliśmy razem. Mama przestała dzwonić na kilka tygodni. Potem przyszła wiadomość: „Jestem w szpitalu”. Rzuciłam wszystko i pojechałam do niej. Okazało się, że to tylko lekkie przeziębienie, ale jej mina mówiła wszystko: „Widzisz? Gdybyś była bliżej…”
Wróciłam do rodzinnego domu na kilka dni. Paweł został sam w Krakowie. Mama od rana do wieczora powtarzała: „Zobacz, jak tu pusto bez ciebie”, „Nikt mi nie pomaga”, „Tylko ty mnie rozumiesz”. Czułam się winna za każdy uśmiech Pawła, za każdą chwilę spędzoną poza domem.
Kiedy wróciłam do Krakowa, Paweł spojrzał na mnie smutno:
— Kasia… ile jeszcze będziesz żyć jej życiem?
Nie umiałam odpowiedzieć.
Minęły dwa lata. Wzięliśmy ślub — bez mamy. Nie przyszła. Przysłała tylko SMS-a: „Nie mogę patrzeć, jak marnujesz sobie życie.”
Urodziłam córkę — Zosię. Chciałam być inną matką niż moja mama. Pozwalałam Zosi biegać boso po trawie, brudzić się farbami, wybierać ubrania. Mama przyjechała zobaczyć wnuczkę dopiero po roku.
— Dziecko powinno mieć porządek — powiedziała na wejściu. — Jak ty ją wychowujesz?
Poczułam znajome ukłucie w sercu. Znowu byłam tą małą Kasią, która nigdy nie robi nic dobrze.
Przez kolejne miesiące próbowałyśmy rozmawiać. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem.
— Dlaczego zawsze musisz mieć rację? — zapytałam pewnego dnia.
— Bo wiem lepiej! — odpowiedziała bez wahania.
Wtedy wybuchłam:
— Nie możesz żyć moim życiem! Chcę oddychać! Chcę być sobą!
Mama spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
— Jesteś niewdzięczna…
Od tamtej pory widujemy się rzadko. Czasem dzwoni wieczorem i pyta o Zosię. Ja odpowiadam krótko. Wciąż czuję ciężar niewypowiedzianych słów.
Często zastanawiam się: czy jestem złą córką? Czy mam prawo chcieć być wolna?
Może każda matka chce chronić swoje dziecko… Ale czy można kochać tak mocno, że aż boli?
Czy Wy też czasem czujecie się więźniami cudzych oczekiwań? Jak znaleźć równowagę między lojalnością wobec rodziny a własnym szczęściem?