„Nie masz dzieci, więc pomóż naszej mamie!” — Jak zostałam opiekunką teściowej i zgubiłam samą siebie

— Aniu, musisz nam pomóc. Ty nie masz dzieci, masz czas. Mama nie może zostać sama — głos mojej szwagierki, Magdy, brzmiał w słuchawce stanowczo, niemal rozkazująco. Stałam w kuchni, patrząc przez okno na szare, listopadowe niebo, i czułam, jak w środku wszystko się we mnie kurczy. Mój mąż, Tomek, siedział w salonie, udając, że nie słyszy rozmowy. Wiedziałam, że to nie jest prośba. To była decyzja, którą podjęto za mnie.

Moja teściowa, pani Halina, od kilku miesięcy coraz gorzej się czuła. Miała problemy z poruszaniem się, coraz częściej zapominała, gdzie jest, czasem nie poznawała nawet własnych dzieci. Magda i jej brat, mój mąż, uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli ktoś z rodziny się nią zaopiekuje. Ktoś, kto „ma czas”. Czyli ja — bo nie mam dzieci, bo pracuję zdalnie, bo jestem „elastyczna”.

Początkowo myślałam, że to tylko na chwilę. Że pomogę, dopóki nie znajdziemy innego rozwiązania. Ale dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a ja coraz bardziej zanurzałam się w świat, który nie był mój. Każdego ranka budziłam się z lękiem, co dziś się wydarzy. Czy pani Halina znów wyjdzie z domu i zgubi się na osiedlu? Czy znowu zapomni, jak się nazywam? Czy znowu będzie na mnie krzyczeć, bo pomyli mnie z kimś innym?

Pamiętam pierwszy raz, kiedy na mnie nakrzyczała. Stałam przy jej łóżku, próbując podać jej śniadanie. — Kim ty jesteś? — zapytała nagle, patrząc na mnie z nieufnością. — Co ty tu robisz? Gdzie jest moja córka? — Próbowałam spokojnie tłumaczyć, że jestem Ania, żona Tomka, ale ona tylko machnęła ręką i odwróciła się do ściany. Wyszłam z pokoju i rozpłakałam się w kuchni, czując się jak intruz we własnym domu.

Tomek wracał z pracy późno, zmęczony, często zirytowany. — Przesadzasz, Aniu. Mama jest chora, ale przecież nie jest aż tak źle. Magda ma dzieci, nie może się nią zająć. Ty jesteś w domu, to logiczne, że to na ciebie spadło. — Słuchałam tego z coraz większym niedowierzaniem. Czy naprawdę bycie bezdzietną oznacza, że moje życie jest mniej ważne? Że mogę być „na zawołanie” dla wszystkich?

Z czasem zaczęłam zauważać, jak bardzo się zmieniam. Przestałam spotykać się z przyjaciółmi, bo nie miałam kiedy. Praca schodziła na dalszy plan, bo każda chwila była podporządkowana rytmowi dnia pani Haliny. Nawet moje małżeństwo zaczęło się rozpadać. Z Tomkiem rozmawialiśmy już tylko o jego mamie, o lekach, o wizytach u lekarza. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się śmialiśmy, kiedy ostatni raz byliśmy po prostu razem.

Pewnego wieczoru, kiedy próbowałam przekonać panią Halinę, żeby wzięła leki, usłyszałam od niej: — Ty nie jesteś moją rodziną. Ty jesteś tylko obca. — Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przecież oddałam jej wszystko — czas, energię, nawet własne marzenia. A mimo to byłam tylko „obca”.

Zaczęłam mieć koszmary. Śniło mi się, że gubię się w labiryncie, z którego nie mogę znaleźć wyjścia. Że wszyscy wokół mnie wołają, żebym im pomogła, a ja nie mam już siły. Budziłam się zlana potem, z poczuciem winy i bezradności.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie moja mama. — Aniu, co się z tobą dzieje? Nie dzwonisz, nie przyjeżdżasz. — Nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Jak miałam jej powiedzieć, że czuję się jak cień samej siebie? Że nie wiem już, kim jestem?

W końcu zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z Tomkiem. — Nie dam już rady. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję, żeby ktoś mnie wsparł, żeby ktoś mnie zrozumiał. — Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz widział, że coś jest nie tak. — Przecież wszyscy liczą na ciebie, Aniu. Nie możesz ich zawieść. — Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Czy naprawdę moje potrzeby są mniej ważne niż potrzeby wszystkich innych?

Zaczęłam szukać pomocy. Zadzwoniłam do ośrodka pomocy społecznej, rozmawiałam z psychologiem. Usłyszałam, że nie jestem sama, że wiele kobiet w Polsce znajduje się w podobnej sytuacji. Że opieka nad starszymi często spada na barki tych, którzy „mają czas”, czyli najczęściej kobiet bez dzieci. Ale czy to znaczy, że nie mamy prawa do własnego życia?

Magda zadzwoniła do mnie po raz kolejny. — Aniu, mama mówiła, że byłaś dla niej niemiła. Musisz być bardziej cierpliwa. — Nie wytrzymałam. — Może sama spróbujesz się nią zająć przez tydzień? Zobaczysz, jak to jest. — Rozłączyła się bez słowa.

Czułam się coraz bardziej samotna. Nawet sąsiedzi zaczęli patrzeć na mnie z litością. — Dzielna z pani kobieta, pani Aniu. Tak się pani poświęca. — Ale ja nie chciałam być dzielna. Chciałam być po prostu sobą.

W końcu, po wielu miesiącach, udało się znaleźć miejsce w domu opieki dla pani Haliny. Było mi jednocześnie ulgą i wyrzutem sumienia. Czy zrobiłam wszystko, co mogłam? Czy mogłam być lepsza? Tomek był rozczarowany, Magda nie odzywała się przez kilka tygodni. Ale ja po raz pierwszy od dawna poczułam, że oddycham.

Patrzę teraz w lustro i widzę kogoś innego. Kogoś, kto przeszedł przez piekło, ale nie stracił siebie do końca. Czy naprawdę musimy poświęcać siebie, żeby zasłużyć na miłość i akceptację rodziny? Czy kobieta bez dzieci zawsze będzie tą, która „ma czas” dla innych, ale nigdy dla siebie? Może czas w końcu zapytać: kim jestem, jeśli nie tylko dodatkiem do czyjegoś życia?