Moja synowa chwali moje domowe dżemy, ale oddaje je innym. Czy naprawdę robię coś źle?

– Mamo, te twoje dżemy to po prostu mistrzostwo świata! – usłyszałam od Kasi, żony mojego najstarszego syna, gdy w niedzielę przyjechali na obiad. Uśmiechnęłam się, choć w środku czułam dziwny ucisk. Bo przecież wiem, co się z nimi dzieje. Widziałam przypadkiem na Facebooku zdjęcie: słoiczek z moją charakterystyczną etykietą na stole u jej koleżanki. „Dostałam od Kasi – najlepszy dżem truskawkowy ever!” – napisała ta dziewczyna. Nawet nie wiem, jak się nazywa.

Od rozwodu minęło już siedem lat. Mój ogród stał się moim azylem, miejscem, gdzie mogę zapomnieć o pustce domu i o tym, że chłopcy mają już własne życie. Każdego lata zbieram porzeczki, maliny, truskawki i śliwki. Przez całe dnie stoję przy kuchni, mieszam, próbuję, przelewam do słoików. Każdy z nich podpisuję starannie: „Dla Tomka”, „Dla Bartka”, „Dla Michała”. Wierzę, że te słoiczki to coś więcej niż tylko słodki dodatek do śniadania – to kawałek mnie, który mogę im podarować.

Ale od jakiegoś czasu coś się zmieniło. Zaczęłam zauważać, że kiedy odwiedzam Tomka i Kasię, na półce w spiżarni stoi tylko jeden czy dwa słoiki – mimo że miesiąc wcześniej przywiozłam im całą torbę. Kiedyś zapytałam mimochodem:

– Kasiu, smakowały wam te powidła śliwkowe?

– Oczywiście! – odpowiedziała z entuzjazmem. – Są tak pyszne, że nawet koleżanki w pracy się zachwycały!

Zabolało mnie to bardziej, niż chciałam przyznać. Przecież robię te dżemy dla rodziny, nie dla obcych ludzi. Chciałam, żeby moje wnuki jadły je na kanapkach, żeby synowie wspominali smaki dzieciństwa. Zamiast tego moje przetwory krążą po mieście jak jakieś fanty na loterii.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i porozmawiałam o tym z Tomkiem.

– Synu, powiedz mi szczerze… Czy wy naprawdę lubicie te moje dżemy? Bo mam wrażenie, że nie są wam potrzebne.

Tomek spojrzał na mnie zaskoczony:

– Mamo, przecież wiesz, że uwielbiam twoje przetwory! Ale Kasia lubi się dzielić z koleżankami… Chce pokazać, że ma taką zdolną teściową.

– Ale ja robię je dla was…

– Wiem, mamo. Ale nie przejmuj się tym tak bardzo. To chyba dobrze, że ludzie doceniają twoją pracę?

Niby tak… Ale czy naprawdę o to mi chodziło? Czy nie chodziło mi raczej o to, żeby poczuć się potrzebną? Żeby moje wnuki mówiły: „Babciu, daj jeszcze tego dżemu!”?

Zaczęłam się zastanawiać: może to ja przesadzam? Może jestem zbyt sentymentalna? Przecież Kasia nie robi nic złego – dzieli się czymś dobrym. Ale dlaczego czuję się przez to taka niewidzialna?

Wszystko pogorszyło się podczas rodzinnej kolacji u Bartka. Jego żona, Ania, podziękowała mi za słoiki i dodała:

– Wiesz, mama Bartka też czasem robi przetwory… Ale twoje są naprawdę wyjątkowe! Dałam jeden słoik sąsiadce i była zachwycona.

Poczułam ukłucie zazdrości i smutku. Czy naprawdę nikt nie rozumie, jak bardzo zależy mi na tym geście? Czy jestem tylko „fabryką dżemów”?

Wieczorem zadzwoniłam do mojej przyjaciółki Zosi.

– Zosiu… Powiedz mi szczerze: czy ja jestem dziwna? Przecież powinnam się cieszyć, że moje dżemy są takie popularne…

– Nie jesteś dziwna – odpowiedziała ciepło Zosia. – Po prostu chcesz być ważna dla swoich dzieci. To naturalne.

Ale czy one tego chcą? Może już nie potrzebują moich gestów? Może powinnam przestać się narzucać?

Kilka dni później odwiedziła mnie Kasia z wnuczką.

– Mamo – zaczęła niepewnie – chciałam ci podziękować za te wszystkie dżemy… Wiesz, ja czasem daję je koleżankom, bo jestem dumna z tego, jaką mam teściową. Ale jeśli ci to przeszkadza…

Spojrzałam na nią i zobaczyłam w jej oczach szczerość.

– Kasiu… Ja po prostu chciałabym wiedzieć, że to dla was coś znaczy. Że nie jestem tylko dodatkiem do waszego życia.

Kasia przytuliła mnie mocno.

– Jesteś dla nas bardzo ważna. I twoje dżemy też.

Może muszę nauczyć się dzielić tą miłością szerzej? Może to dobrze, że moje przetwory sprawiają radość innym ludziom? Ale czy to wystarczy, żebym poczuła się potrzebna?

Czasem patrzę na puste słoiki i zastanawiam się: czy naprawdę jestem jeszcze częścią tej rodziny? Czy wystarczy mi świadomość, że gdzieś tam ktoś docenia moją pracę – nawet jeśli nie są to moi najbliżsi?

A wy… Czy też czasem czujecie się niewidzialni dla swoich bliskich? Jak sobie z tym radzicie?