Kiedy teściowa zdecydowała za mnie: historia o głosie, którego nikt nie słyszał
– No to ustalone? Bierzemy kredyt – powiedziała teściowa z tym swoim tonem, który nie znosi sprzeciwu. Siedzieliśmy przy stole w jej mieszkaniu na warszawskim Ursynowie: ja, mój mąż Tomek, jego siostra Magda i oczywiście ona – pani Krystyna, królowa tej rodziny. Wszyscy patrzyli na nią z aprobatą albo przynajmniej z rezygnacją. Tylko ja czułam, jakby ktoś właśnie wyciągnął mi spod nóg dywan.
– Ale… – zaczęłam nieśmiało, próbując zebrać myśli. – Może powinniśmy jeszcze raz to przemyśleć? To ogromne zobowiązanie na lata…
Tomek nawet na mnie nie spojrzał. Magda wzruszyła ramionami. Teściowa uśmiechnęła się chłodno.
– Aniu, wszyscy już się zgodziliśmy. Nie komplikuj. To najlepsze rozwiązanie dla nas wszystkich.
Dla nas wszystkich. Ale czy ktoś zapytał mnie, co czuję? Czy ktoś zauważył, że od miesięcy nie śpię po nocach, martwiąc się o przyszłość? Że odkładam każdą złotówkę, bo boję się kolejnego rachunku? Że od kiedy zamieszkaliśmy z Tomkiem u jego matki „na chwilę”, czuję się jak intruz we własnym życiu?
Wtedy zrozumiałam, że nie jestem tu partnerką. Jestem dodatkiem do planów innych ludzi. Moje zdanie nie ma znaczenia.
Po kolacji zamknęłam się w pokoju Tomka. Siedziałam na łóżku i patrzyłam w ścianę. Słyszałam przez drzwi ich rozmowy – śmiechy, planowanie remontu nowego mieszkania, rozmowy o ratach i bankach. Jakby mnie już tam nie było.
Wyciągnęłam walizkę spod łóżka i zaczęłam się pakować. Każda para spodni, każda bluzka była jak symbol mojej bezsilności. Płakałam cicho, żeby nikt nie usłyszał. W końcu napisałam Tomkowi wiadomość: „Wracam do mamy. Muszę przemyśleć wszystko.”
Nie odpowiedział od razu. Dopiero rano, kiedy już siedziałam w pociągu do Łodzi, zadzwonił.
– Ania, co ty wyprawiasz? Przecież to tylko kredyt! Przesadzasz.
– Tomek… Ty nawet nie zapytałeś mnie o zdanie. Nikt mnie nie słucha w tej rodzinie.
– Przecież rozmawialiśmy…
– Nie rozmawialiśmy. Wy zdecydowaliście za mnie.
W słuchawce zapadła cisza. Potem usłyszałam tylko: – Daj mi znać, kiedy ochłoniesz.
Wróciłam do mamy jak zbity pies. Mama przytuliła mnie bez słowa. Wiedziała wszystko bez słów – widziała już wcześniej moje łzy i frustrację, kiedy opowiadałam jej o codziennych spięciach z teściową, o tym, jak Tomek coraz częściej stawał po stronie matki.
Przez pierwsze dni nie wychodziłam z pokoju. Leżałam na łóżku i patrzyłam w sufit. Czułam się winna – czy naprawdę powinnam była tak po prostu odejść? A może powinnam była jeszcze raz spróbować porozmawiać? Ale ile razy można prosić o szacunek?
Mama przynosiła mi herbatę i czasem siadała obok.
– Aniu, musisz zawalczyć o siebie – powiedziała pewnego wieczoru. – Jeśli teraz pozwolisz im decydować za ciebie, już zawsze tak będzie.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam analizować całe nasze małżeństwo: jak często Tomek mówił „moja mama uważa”, „moja mama mówi”, „moja mama wie lepiej”. Jak często ja milczałam dla świętego spokoju.
Po tygodniu zadzwoniła Magda.
– Anka, wracaj już. Mama mówi, że przesadzasz.
– Magda… Czy ty naprawdę myślisz, że to ja przesadzam?
– No wiesz… U nas zawsze tak było. Mama decyduje o wszystkim. Tomek też się przyzwyczaił.
– Ale ja nie chcę tak żyć.
Magda westchnęła.
– Może powinnaś się przyzwyczaić? Albo… no nie wiem…
Rozłączyłam się bez słowa. Poczułam ulgę i strach jednocześnie – czy naprawdę jestem gotowa postawić wszystko na jedną kartę?
Wieczorem zadzwonił Tomek.
– Ania, wróć do domu. Pogadamy spokojnie.
– Tomek… Ja już nie wiem, czy to jest mój dom.
Zamilkł na chwilę.
– Przecież cię kocham.
– Ale czy mnie szanujesz?
Nie odpowiedział.
Zaczęłam szukać pracy w Łodzi. Mama wspierała mnie na każdym kroku – pomagała pisać CV, chodziła ze mną na rozmowy kwalifikacyjne. Po dwóch tygodniach dostałam pracę w księgowości w małej firmie transportowej. Poczułam pierwszy raz od dawna, że mam kontrolę nad swoim życiem.
Tomek przyjechał do Łodzi po miesiącu. Stał pod drzwiami z bukietem tulipanów i miną zbitego psa.
– Ania… Przepraszam. Może faktycznie za bardzo słucham mamy. Ale ja nie umiem inaczej…
Patrzyłam na niego długo. Widziałam w nim chłopca zagubionego między dwiema kobietami: matką i żoną. Wiedziałam już wtedy, że jeśli wrócę, wszystko zacznie się od nowa.
– Tomek… Ja muszę być ważna dla siebie samej. Nie mogę być tylko dodatkiem do twojego życia i planów twojej mamy.
Odszedł bez słowa.
Minęły dwa lata od tamtej rozmowy. Dziś mam własne mieszkanie (wynajmowane, ale moje!), pracuję w firmie, którą lubię, mam kilku przyjaciół i pierwszy raz od dawna czuję się wolna. Czasem jeszcze boli – zwłaszcza kiedy widzę pary na ulicy albo kiedy mama pyta cicho: „A może jeszcze spróbujesz z Tomkiem?”. Ale wiem jedno: wolę być sama niż niewidzialna we własnym życiu.
Czasem zastanawiam się: ile kobiet tkwi latami w takich układach? Ile z nas pozwala innym decydować za siebie w imię „rodzinnej zgody”? Czy naprawdę kompromis zawsze jest dobry? A może czasem trzeba po prostu odejść i zawalczyć o siebie?