„Czy jestem tylko bankomatem?” – Moja walka o szacunek i miłość w rodzinie, którą latami utrzymywałam z zagranicy
– Mamo, kiedy prześlesz kolejne pieniądze? – głos mojej starszej córki, Julii, rozbrzmiewał w słuchawce z chłodną obojętnością. Siedziałam na wąskim łóżku w ciasnym pokoju na przedmieściach Mediolanu, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Za oknem padał deszcz, a ja czułam, jakby każda kropla uderzała prosto w moje serce.
– Julka, wszystko w porządku? – zapytałam cicho, mając nadzieję, że usłyszę choć cień troski w jej głosie.
– Tak, tylko muszę zapłacić za korepetycje i nowy telefon. Wiesz przecież, jak jest. – Jej słowa były szybkie, rzeczowe. Ani śladu tęsknoty.
Odłożyłam słuchawkę i przez chwilę siedziałam w ciszy. Przede mną leżały dwa zdjęcia: jedno sprzed dziesięciu lat, na którym trzymam Julię i Zosię za ręce na placu zabaw w Krakowie; drugie – aktualne, przysłane przez moją siostrę, na którym dziewczyny stoją obok siebie, poważne, jakby pozowały do zdjęcia klasowego. Nie było mnie przy nich przez większość ich dzieciństwa. Wyjechałam do Włoch, bo po rozwodzie nie miałam wyjścia. Chciałam im dać to, czego sama nigdy nie miałam: bezpieczeństwo, możliwości, lepszy start.
Przez pierwsze lata każda rozmowa była świętem. Opowiadały mi o szkole, przyjaciółkach, pierwszych sukcesach. Z czasem jednak coraz częściej dzwoniły tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowały. „Mamo, muszę kupić podręczniki”, „Mamo, nie mam na wycieczkę”, „Mamo, komputer się zepsuł”.
Zosia była młodsza i przez długi czas jeszcze wysyłała mi laurki pocztą. Ale od kiedy skończyła szesnaście lat, jej wiadomości stały się równie oschłe jak te Julii.
Pamiętam dzień, gdy wróciłam do Polski na święta po trzech latach nieobecności. Stałam w drzwiach mieszkania mojej siostry, gdzie mieszkały dziewczyny. Julia spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem:
– O, już jesteś? – powiedziała i wróciła do telefonu.
Zosia przytuliła mnie szybko i uciekła do swojego pokoju. Siedziałam potem przy stole z siostrą Anią i pytałam szeptem:
– Co się z nimi stało? Dlaczego są takie obce?
Ania wzruszyła ramionami.
– Dorastają. Mają swoje życie. Ale… może też trochę cię obwiniają? Że cię nie było?
Te słowa bolały bardziej niż samotność we włoskiej kawiarni czy zmęczenie po trzynastogodzinnej zmianie przy sprzątaniu hotelu. Przecież wszystko robiłam dla nich! Każda złotówka była cegiełką pod ich przyszłość.
Ale czy naprawdę byłam tylko bankomatem?
Po powrocie do Włoch długo nie mogłam spać. W pracy koleżanka Basia – też Polka – powiedziała mi kiedyś:
– Wiesz, ja już przestałam wysyłać tyle pieniędzy. Zaczęłam pisać listy do syna. O sobie, o tym co czuję. Może spróbuj?
Napisałam więc do Julii i Zosi długi list. Opisałam swoje życie tutaj: samotność, ciężką pracę, tęsknotę za nimi. Napisałam też o tym, jak bardzo je kocham i jak bardzo chciałabym być dla nich kimś więcej niż tylko źródłem pieniędzy.
Odpowiedź przyszła po tygodniu. SMS od Julii: „Dzięki za list. Fajnie wiedzieć co u ciebie. Przelew już wysłałaś?”
Poczułam się tak bezradna jak nigdy dotąd. Przez kolejne dni chodziłam jak cień. W pracy robiłam wszystko mechanicznie: ścierałam kurze w hotelowych pokojach, zmieniałam pościel, uśmiechałam się do gości. Ale w środku czułam pustkę.
Któregoś wieczoru zadzwoniła Basia.
– Musisz wrócić do Polski – powiedziała stanowczo. – Choćby na chwilę. Porozmawiać z nimi twarzą w twarz.
Zebrałam się na odwagę i kupiłam bilet do Krakowa. W samolocie serce waliło mi jak młotem. Co im powiem? Czy będą chciały mnie słuchać?
W domu siostry panowała cisza. Julia siedziała przy komputerze, Zosia oglądała serial na telefonie.
– Dziewczyny… – zaczęłam niepewnie.
Julia spojrzała na mnie z irytacją:
– Mamo, co jest? Przecież wszystko jest okej.
– Nie jest okej – odpowiedziałam drżącym głosem. – Czuję się jak bankomat. Czy naprawdę tylko to dla was znaczę?
Zosia spuściła wzrok.
– Nie rozumiesz… Ty zawsze byłaś daleko – powiedziała cicho. – Nie było cię na moich urodzinach ani na zakończeniu roku…
Julia westchnęła:
– My nie prosiliśmy cię o wyjazd. Chciałyśmy mieć mamę tutaj.
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Myślałam, że robię to dla waszego dobra…
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem Zosia podeszła i przytuliła mnie mocno.
– Chcemy cię mieć blisko – wyszeptała.
Julia długo patrzyła przez okno.
– Może powinnaś wrócić na stałe…
Te słowa były jak promień światła w ciemności.
Dziś jestem już w Polsce. Pracuję mniej, zarabiam mniej – ale jestem z nimi codziennie. Odbudowujemy naszą relację krok po kroku. Czasem jest trudno: brakuje pieniędzy na wszystko, kłócimy się o drobiazgi… Ale wiem jedno: żadna suma nie zastąpi matczynej obecności.
Czy można odzyskać utracony czas? Czy dzieci wybaczą mi lata nieobecności? A może najważniejsze jest to, by być tu i teraz – nawet jeśli nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli?