Serce większe niż strach: Jak zostałam mamą szóstki dzieci w jedną noc
– Mamo, ktoś dzwoni – szepnęła Zosia, stojąc w progu mojej sypialni. Była 2:17 w nocy. Telefon dzwonił uparcie, jakby wiedział, że nie mam prawa spać spokojnie. Sięgnęłam po słuchawkę z sercem w gardle.
– Halo? – mój głos był zachrypnięty od snu i niepokoju.
– Pani Aniu? To ja, pani sołtysowa. Stało się coś strasznego… Pan Marek… nie żyje. Zawał. Dzieci są same. – Jej głos drżał, a ja poczułam, jak świat mi się rozjeżdża pod nogami.
Marek był moim sąsiadem od lat. Sam wychowywał szóstkę dzieci po tym, jak jego żona zginęła w wypadku. Zawsze powtarzał, że dzieci są jego całym światem. Teraz ten świat się skończył.
Zanim zdążyłam się zastanowić, już byłam ubrana i biegłam przez ciemne podwórko do ich domu. W kuchni siedziała najstarsza, Basia, miała 16 lat i próbowała być dzielna dla młodszego rodzeństwa. Najmłodszy, Michaś, miał zaledwie trzy lata i tulił się do jej nogi, płacząc cicho.
– Ciociu Aniu… co teraz będzie? – zapytała Basia, patrząc na mnie oczami pełnymi łez i strachu.
Nie wiedziałam. Naprawdę nie wiedziałam. Ale musiałam coś powiedzieć.
– Teraz… teraz jesteśmy razem. Nie zostawię was – wyszeptałam, choć w środku czułam tylko panikę.
Przez kolejne godziny próbowałam ogarnąć chaos: telefon do opieki społecznej, rozmowy z policją, płacz dzieci i własny strach. Wszyscy pytali: „Czy może je pani przyjąć chociaż na kilka dni?”
Mój mąż, Tomek, patrzył na mnie z niedowierzaniem.
– Anka, przecież mamy własne dzieci! Jak to sobie wyobrażasz? Sześć dodatkowych osób? Przecież my ledwo wiążemy koniec z końcem!
– Tomek… Oni nie mają nikogo. Jeśli my ich nie przyjmiemy, rozdzielą ich po domach dziecka. Rozumiesz?
Milczał długo. Widziałam w jego oczach strach i bezsilność. Ale też coś jeszcze – cień nadziei, że może damy radę.
Pierwsza noc była najgorsza. Dzieci spały na materacach w salonie, a ja siedziałam na podłodze i słuchałam ich oddechów. Każdy szloch wbijał mi się w serce jak nóż.
Następnego dnia przyszła opieka społeczna. Pani Renata była rzeczowa:
– Pani Aniu, to ogromna odpowiedzialność. Musimy sprawdzić warunki…
– Proszę sprawdzać – odpowiedziałam twardo. – Ale nie zabierajcie ich stąd.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania: Michaś moczył się w nocy i bał się ciemności; Ola nie chciała jeść; Kuba zamykał się w sobie i nie odzywał godzinami. Moje własne dzieci – Zosia i Franek – były zagubione i zazdrosne o moją uwagę.
Pewnego wieczoru Zosia wybuchła:
– Mamo! Dlaczego oni są ważniejsi ode mnie?! Odkąd tu są, nie masz dla mnie czasu!
Usiadłam obok niej na łóżku i przytuliłam ją mocno.
– Kochanie… Nikt nie jest ważniejszy. Ale oni stracili wszystko. Ty masz mnie i tatę. Oni mają tylko nas.
Płakałyśmy razem długo tej nocy.
Nie było łatwo. Były dni, kiedy miałam ochotę uciec z domu i nigdy nie wracać. Kiedy patrzyłam na rachunki za prąd i jedzenie, czułam bezsilność i złość na cały świat. Ale były też chwile, które dawały siłę: kiedy Michaś po raz pierwszy powiedział do mnie „mamo”, kiedy Ola przyniosła mi własnoręcznie narysowany obrazek z napisem „kocham cię”, kiedy Basia zaczęła się uśmiechać.
Najtrudniejsze były rozmowy z rodziną Tomka.
– Anka, zwariowałaś? Przecież to nie twoje dzieci! Po co ci ten kłopot?
– A jeśli to byłyby wasze wnuki? Też byście je zostawili?
Cisza była wymowna.
Z czasem nauczyliśmy się żyć razem. Każdy miał swoje obowiązki: starsze dzieci pomagały młodszym, a ja nauczyłam się gotować obiady na dziesięć osób i robić zakupy hurtowo. Były kłótnie o łazienkę, walki o pilota do telewizora i łzy przy odrabianiu lekcji.
Ale były też wspólne śniadania, gry planszowe przy stole i wieczorne czytanie bajek.
Po pół roku przyszła decyzja sądu: mogę zostać rodziną zastępczą dla wszystkich sześciorga dzieci Marka.
Tego dnia płakałam jak dziecko. Tomek objął mnie ramieniem:
– Dałaś radę, Anka. Jesteś najdzielniejszą kobietą, jaką znam.
Nie wiem, czy jestem dzielna. Wiem tylko, że czasem trzeba zrobić coś szalonego ze strachu… albo właśnie z miłości.
Czy można pokochać cudze dzieci tak samo jak własne? Czy odwaga to tylko brak strachu – czy raczej umiejętność działania mimo niego? Czasem myślę o tym nocami i czekam na wasze historie…