„Nie oddawaj mnie do domu dziecka!” – Historia Zosi, która odmieniła życie całej rodziny
– Nie oddawaj mnie do domu dziecka! – wrzasnęłam z całych sił, czując jak gardło ściska mi się od łez. Mama stała w przedpokoju, z walizką w ręku, a jej twarz była blada jak ściana. Tata patrzył na mnie z kąta pokoju, zaciśnięte pięści i oczy pełne gniewu. W powietrzu wisiała cisza, którą przerywał tylko szloch mojej młodszej siostry, Julki.
To był ten dzień, kiedy wszystko się rozpadło. Wcześniej były tylko kłótnie – o pieniądze, o pracę, o to, że tata coraz częściej wracał późno i czuć było od niego wódkę. Ale tego wieczoru mama powiedziała dość. „Nie dam rady dłużej tak żyć. Zosia, zabieram cię i Julkę do babci na wieś. Tata niech sobie radzi sam.”
Pamiętam, jak serce waliło mi jak oszalałe. Nie chciałam wyjeżdżać z Warszawy, zostawiać szkoły, przyjaciółki Asi i naszego kota, który właśnie miał młode. Ale najbardziej bałam się tego, co będzie dalej. Babcia mieszkała w małym domku pod Radomiem, gdzie nawet autobus jeździł tylko dwa razy dziennie.
– Zosiu, musimy… – zaczęła mama, ale przerwałam jej płaczem.
– Nie chcę! Nie chcę! – krzyczałam, aż sąsiadka zza ściany zaczęła walić miotłą w sufit.
Tata podszedł do mnie i próbował mnie przytulić, ale odsunęłam się gwałtownie. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam łzy w jego oczach.
– Przepraszam… – wyszeptał. – Przepraszam was obie…
Ale przeprosiny niczego nie zmieniły. Mama zabrała nas do babci. Tam wszystko było inne: zimno w domu, bo piec trzeba było rozpalać samemu; woda ze studni; a do szkoły chodziłam piechotą przez las. Julka szybko się zaaklimatyzowała – znalazła koleżankę w sąsiedztwie i biegały razem po polach. Ja czułam się jak na zesłaniu.
Każdego dnia czekałam na telefon od taty. Ale dzwonił coraz rzadziej. Mama była smutna i zamyślona, często płakała po nocach. Babcia próbowała nas pocieszać pierogami i opowieściami o dawnych czasach, ale ja miałam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie.
W szkole byłam „tą z Warszawy”. Dzieci patrzyły na mnie podejrzliwie, a nauczycielka matematyki już pierwszego dnia powiedziała: – Zobaczymy, czy taka mądra jesteś, jak cię chwalili w mieście.
Zaczęłam się zamykać w sobie. Pisałam pamiętnik i marzyłam o powrocie do domu. Pewnego dnia podsłuchałam rozmowę mamy z babcią:
– Nie dam rady sama ich utrzymać… Może lepiej byłoby oddać Zosię do domu dziecka? Tam przynajmniej miałaby ciepło i jedzenie…
To wtedy poczułam prawdziwy strach. Przez kilka dni nie jadłam, nie spałam. Bałam się każdego dźwięku – czy to już przyjechali po mnie? Czy już muszę się żegnać z Julką?
W końcu postanowiłam działać. Napisałam list do taty:
„Tato,
Nie wiem, co się stało między tobą a mamą, ale ja nie chcę być w domu dziecka. Proszę cię, przyjedź po mnie albo chociaż napisz. Bardzo za tobą tęsknię.
Zosia”
Czekałam tydzień na odpowiedź. W końcu przyszła kartka:
„Zosiu,
Przepraszam cię za wszystko. Walczę ze sobą każdego dnia. Obiecuję, że cię nie zostawię.
Tata”
To były tylko dwa zdania, ale dały mi nadzieję. Zaczęłam lepiej się uczyć – chciałam pokazać wszystkim, że dam radę. Pomagałam babci w gospodarstwie i opiekowałam się Julką.
Ale mama była coraz bardziej przygnębiona. Pewnego wieczoru przyszła do mojego pokoju i usiadła na łóżku.
– Zosiu… Muszę ci coś powiedzieć… Tata jest w szpitalu. Miał wypadek samochodowy.
Świat mi się zawalił po raz drugi. Pojechałyśmy do Warszawy następnego dnia. Tata leżał na OIOM-ie, podłączony do aparatury. Był nieprzytomny.
Przez kilka tygodni żyliśmy jak w zawieszeniu. Mama codziennie jeździła do szpitala, ja opiekowałam się Julką i domem taty – sprzątałam, gotowałam zupę z tego co znalazłam w lodówce.
W końcu tata się obudził. Był słaby i bardzo schudł, ale uśmiechnął się do mnie pierwszy raz od miesięcy.
– Zosieńko… Dziękuję ci…
Wtedy zrozumiałam, że rodzina to nie tylko wspólne mieszkanie czy nazwisko. To walka o siebie nawzajem nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone.
Po kilku miesiącach tata wrócił do domu. Przestał pić – naprawdę! Mama zaczęła pracować w pobliskim sklepie spożywczym i powoli wracała jej radość życia. Ja znów chodziłam do szkoły w Warszawie i spotykałam się z Asią.
Czasem jeszcze boję się, że wszystko może się powtórzyć – że znów zostanę sama albo trafię do domu dziecka. Ale wiem już jedno: nawet jeśli życie rzuca nas na kolana, zawsze można się podnieść.
Czy wy też mieliście momenty, kiedy baliście się zostać opuszczeni? Co wam wtedy pomogło przetrwać?