„Podpisać to dziś, bo jutro może już nie być tej oferty” – usłyszałam przy stole i wtedy pierwszy raz naprawdę się przestraszyłam
„Albo mi ufasz, albo znowu wszystko zepsujesz przez swoje czarne myśli” – powiedział do mnie partner, kiedy odsunęłam od siebie długopis i nie podpisałam od razu umowy przedwstępnej.
Siedzieliśmy u pośredniczki w małym biurze na osiedlu z wielkiej płyty. Na stole kawa w papierowym kubku, wydruk z Otodom, projekt umowy i ta presja, że „takie mieszkania schodzą w jeden dzień”. Mieliśmy wynajmowane dwa pokoje, właściciel właśnie podniósł czynsz, a ja byłam już zwyczajnie zmęczona życiem od pierwszego do pierwszego. Chciałam mieć w końcu coś swojego. Naprawdę chciałam. I może dlatego tak długo ignorowałam to, że od kilku dni coś mi w tej całej sprawie nie pasowało.
Partner powtarzał, że to okazja. Mieszkanie po starszym panu, do odświeżenia, ale w dobrej cenie jak na naszą okolicę. Tłumaczył, że jak teraz nie weźmiemy, to za pół roku już nic nie kupimy, bo wszystko idzie w górę. Miał trochę oszczędności, ja też miałam odłożone pieniądze, plus miała dojść mała pomoc od mojej mamy. Problem był taki, że zdolność kredytową miał głównie on, bo ja pracuję na umowie zleceniu i bank kręcił nosem. Czyli realnie bez niego nie miałam szans.
I właśnie to mnie chyba pchało w złą stronę. Bałam się, że jak odpuszczę, to zostanę z niczym.
Zapytałam wtedy pośredniczkę:
– A księga wieczysta jest czysta?
– Na ten moment tak, wszystko jest do sprawdzenia – odpowiedziała.
– Na ten moment? To znaczy co?
– No, standardowo, do aktu notarialnego wszystko musi się zgadzać.
Niby normalne, ale to „na ten moment” mi zostało w głowie.
Partner kopnął mnie lekko pod stołem i syknął:
– Nie rób scen.
Zrobiło mi się głupio. Bo faktycznie, ja już wcześniej dwa razy blokowałam różne decyzje. Raz nie zgodziłam się na droższe auto „bo nie czas”, a potem jego stare się posypało i przez pół roku się z tego podśmiewał. Drugi raz marudziłam przy wynajmie, że za daleko od pracy, a finalnie tamto mieszkanie wzięli inni i trafiliśmy do jeszcze gorszego. Więc wiedziałam, że mam opinię tej, co zawsze widzi problem.
Podpisaliśmy zaliczkę. Nie pełną przedwstępną, ale i tak kwota była dla nas duża. Przez dwa dni próbowałam sobie wmówić, że przesadzam.
Trzeciego dnia zadzwoniła do mnie moja mama.
– Ty, a sprawdzaliście dokładnie tego sprzedającego? – zapytała.
– No chyba tak. Pośredniczka sprawdza.
– Bo sąsiadka mojej koleżanki kojarzy nazwisko. Podobno tam po śmierci właściciela jeszcze rodzina się nie mogła dogadać.
Od razu napisałam do partnera, ale odpisał tylko: „Ploty. Nie nakręcaj się”.
Wieczorem sama weszłam na Elektroniczne Księgi Wieczyste i zaczęłam czytać. Nie jestem specjalistką, połowy nie rozumiałam, ale zobaczyłam wzmiankę. Jakąś nową. Zadzwoniłam do pośredniczki.
– To pewnie nic takiego – powiedziała. – Czasem wpływa dokument i system pokazuje wzmiankę, zanim się to ujawni.
– A może dotyczyć spadku?
– Może, ale nie musi.
No i właśnie. Może.
Powiedziałam partnerowi, że chcę się wstrzymać do wyjaśnienia. Wściekł się.
– Wiesz, ile ludzi szuka mieszkań? Jak zaczniemy wydziwiać, sprzedający się wycofa, a zaliczka przepadnie.
– A jak kupimy mieszkanie z jakimś bałaganem prawnym?
– To się wyjaśni u notariusza.
– Notariusz nie będzie żył z nami z tym problemem.
Pierwszy raz powiedział wtedy coś, co mną zatrzęsło.
– Ty po prostu boisz się każdej większej decyzji. Jakby wszystko miało się zawalić.
Najgorsze było to, że trochę miał rację.
Ale ja też zaczęłam drążyć. Zadzwoniłam sama do kancelarii notarialnej, nie tej poleconej przez pośredniczkę, tylko do innej. Pani przez telefon nic konkretnego mi nie powiedziała o tej sprawie, bo nie miała dokumentów, ale usłyszałam jedno:
– Jeśli jest świeża wzmianka, to przed wpłatą większych pieniędzy lepiej wiedzieć, czego dotyczy.
To wystarczyło, żebym się uparła. Zażądałam od pośredniczki dokumentów potwierdzających, że wszyscy spadkobiercy są rozliczeni. Atmosfera zrobiła się od razu dziwna. Już nie było miłej pani od „świetnej okazji”, tylko chłodne odpowiedzi i teksty, że „utrudniam transakcję”.
Dzień później wyszło, że brat zmarłego złożył jakiś wniosek, bo kwestionował wcześniejsze ustalenia rodzinne. Nie chodziło o to, że mieszkania nie da się w ogóle sprzedać, tylko że sprawa nie była tak prosta i szybka, jak nam wciskano. Mogło się ciągnąć. Mogło też skończyć się dobrze. Tylko my mielibyśmy zamrożone pieniądze i zero pewności.
Myślałam, że partner wtedy powie: „Dobra, miałaś rację”. Ale nie. Powiedział:
– Gdybyś od początku nie panikowała, może dałoby się to załatwić spokojnie.
– Czyli co, to moja wina, że nie powiedzieli nam wszystkiego?
– Twoja wina, że wszystko rozwalasz w najgorszym możliwym momencie.
I tu dochodzę do tego, co też jest ważne: ja nie byłam wobec niego do końca fair. Bo kilka tygodni wcześniej dostałam w pracy sygnał, że mogą mi nie przedłużyć zlecenia, i mu o tym nie powiedziałam. Bałam się, że wtedy już w ogóle odpuści temat mieszkania i uzna, że nie da się ze mną nic planować. Więc on cisnął zakup, myśląc, że sytuacja jest stabilniejsza niż była naprawdę. Jak się dowiedział przy tej całej awanturze, to powiedział tylko: „Super, czyli ty możesz mieć sekrety, ale ode mnie wymagasz pełnej przejrzystości od wszystkich”. Zabolało, bo też miał rację.
Finalnie wycofaliśmy się. Nie bez strat, bo części zaliczki nie odzyskaliśmy. Do dziś mnie to boli. Partner przez jakiś czas prawie się do mnie nie odzywał normalnie. Teraz jest trochę lepiej, ale temat mieszkania wraca przy każdej kłótni. On uważa, że przez mój lęk straciliśmy szansę. Ja uważam, że gdybym nie docisnęła, wpakowalibyśmy się w coś ponad siły.
Najgorsze jest to, że nie mam stuprocentowej pewności. Może faktycznie przesadziłam. Może uratowałam nas przed dużo większym problemem. Wiem tylko, że wtedy logika mówiła „bierz, bo drugiej okazji nie będzie”, a we mnie coś cały czas mówiło „stop”.
I teraz serio jestem ciekawa: gdy stawka jest duża, bardziej słuchacie liczb i terminów czy tego wewnętrznego alarmu, nawet jeśli nie umiecie go dobrze wytłumaczyć?