Oddałam córkę, którą pokochałam jak własną. Prawda o adopcji wyszła za późno

„Ty chcesz nam ją zabrać?” — to było pierwsze, co usłyszałam od męża, kiedy powiedziałam, że idę z tym do prokuratury.

Siedzieliśmy w kuchni, mała spała w swoim pokoju, a ja trzymałam w ręku ksero aktu urodzenia i pismo z ośrodka adopcyjnego. Niby wszystko się zgadzało, tylko że od tygodnia wiedziałam już, że się nie zgadzało prawie nic.

Adoptowaliśmy córkę dwa lata temu. Długa procedura, szkolenia, wywiady, opinie, wizyty, papiery z PCPR, sąd rodzinny, wszystko jak trzeba. Nie byliśmy żadnymi cwaniakami, którzy coś załatwiali bokiem. Po prostu po kilku latach leczenia niepłodności mieliśmy dość. Chcieliśmy rodziny. Jak wielu ludzi.

Mała trafiła do nas, jak miała niecałe dwa lata. W dokumentach było, że matka biologiczna zrzekła się praw po porodzie, ojciec nieznany, brak rodziny zainteresowanej dzieckiem. Była zaniedbana, wycofana, długo nie mówiła prawie nic. Pierwsze miesiące były ciężkie, ale potem naprawdę staliśmy się rodziną. Do dziś mówi do mnie „mamo”, do mojego męża „tato”, zna naszych rodziców jako dziadków. Zwyczajne życie: przedszkole, infekcje, zebrania, kredyt, zakupy w Biedronce, kłótnie o byle co.

Cała sprawa zaczęła się od telefonu z MOPS-u w mieście, gdzie mała się urodziła. Pani zapytała, czy zgodzę się przyjechać i porozmawiać, bo wróciła do nich stara sprawa dotycząca placówki opiekuńczej, z której dziecko trafiło do adopcji. Myślałam, że chodzi o jakieś uzupełnienie akt. Pojechałam sama, bo mąż był w pracy.

Tam pokazano mi kopie dokumentów i powiedziano wprost, że jest podejrzenie, iż część zgód matek biologicznych była podpisywana w sposób nielegalny, a w kilku przypadkach podpisy mogły być podrobione. W tym w naszym.

Pamiętam, że powiedziałam: „Ale jak to podrobione? Przecież sąd to klepnął”. A ta kobieta tylko westchnęła i mówi: „Sąd orzeka na podstawie dokumentów, które dostaje”.

Potem dowiedziałam się o matce biologicznej naszej córki. Nie była żadną patologią, jak sobie człowiek czasem dopowie, żeby łatwiej to unieść. Miała wtedy 19 lat, mieszkała kątem u ciotki, urodziła przedwcześnie, miała problemy po porodzie i według jej wersji podpisywała jakieś papiery dotyczące leczenia dziecka i tymczasowej opieki. Twierdziła, że nie zrzekała się córki. Potem dziecko zniknęło z systemu szybciej, niż ona zrozumiała, co się stało. Szukała pomocy, ale odbijała się od urzędów. Dopiero po latach ktoś połączył jej sprawę z kontrolą w tej placówce.

Wróciłam do domu i nic nie powiedziałam od razu. To był mój błąd. Dwa dni chodziłam jak struta. Mąż pytał, o co chodzi, a ja mówiłam, że o nic. W końcu nie wytrzymałam. Pokazałam mu papiery.

Przeczytał, odłożył i powiedział: „To są tylko podejrzenia. Nie rozwalisz dziecku życia przez jakieś podejrzenia”.

Ja na to: „A jeśli to prawda? To co? Mamy siedzieć cicho, bo nam wygodnie?”

On się wtedy wkurzył. „Wygodnie? Ty serio tak o nas mówisz? Ja ją codziennie odwożę do przedszkola, siedzę z nią po nocach jak choruje, a ty mówisz, że nam wygodnie?”

I miał rację, zabolało mnie to, bo zabrzmiałam okropnie. Tylko że we mnie już siedziało coś innego. Że może my swoje szczęście zbudowaliśmy na czyjejś krzywdzie.

Najgorsze było to, że ja też nie byłam święta. Jak byliśmy w trakcie procedury, nie zadawałam za dużo pytań. Chciałam wierzyć, że skoro wszystko idzie sprawnie, to trzeba się cieszyć. Był moment, że jedna pracownica powiedziała półgębkiem: „Lepiej nie drążyć historii biologicznych, bo to tylko przeszkadza w budowaniu więzi”. I mnie to wtedy nawet ucieszyło. Dziś mam z tego powodu straszny niesmak.

Z czasem doszło do spotkania z prawnikiem, potem z kuratorem i psychologiem. Nie było mowy o tym, żeby nagle ktoś nam dziecko zabrał z dnia na dzień. Wszyscy powtarzali, że teraz najważniejsze jest dobro małej i że sprawa będzie długa. Ale pojawiła się możliwość kontaktu z matką biologiczną, najpierw pośredniego.

Mąż był przeciw. Mówił: „Ona ma cztery lata. Dla niej matka to ty. Chcesz jej namieszać w głowie, bo masz wyrzuty sumienia”.

A ja też miałam swoje argumenty, choć nie byłam taka pewna, jak udawałam. „Może kiedyś mi tego nie wybaczy, jeśli dowie się, że wiedziałam i nic nie zrobiłam”.

Pierwszy list od tej kobiety przeczytałam chyba dziesięć razy. Nie pisała, że chce ją od razu zabrać. Pisała, że przez lata nikt jej nie wierzył, że codziennie myśli, czy córka żyje, czy jest zdrowa, czy ma kocyk do spania. I że nie chce robić jej krzywdy, tylko chce, żeby kiedyś wiedziała, skąd jest.

Mój mąż po tym liście zmiękł, ale tylko trochę. Powiedział: „Ja jej współczuję. Naprawdę. Tylko że współczucie nie odpowie na pytanie, kto ma potem posklejać nasze dziecko”.

Ostatecznie to ja złożyłam zawiadomienie i zgodziłam się na uruchomienie całej procedury. Mąż był na mnie zły przez wiele tygodni. Mówił, że podjęłam decyzję za nas oboje. I znowu — trochę miał rację. Bo choć rozmawialiśmy, to jednak ja pchnęłam to dalej, bo bałam się, że jeśli odpuścimy, już zawsze będziemy od tego uciekać.

Dziś sprawa nadal jest w toku. Były już pierwsze spotkania w obecności specjalistów. Mała nie rozumie wszystkiego, ale wie, że w jej historii jest jeszcze jedna ważna osoba. Wraca po tych spotkaniach rozbita, czasem bardziej przyklejona do mnie, czasem zła na wszystkich. My też jesteśmy rozbici. Nie wiem jeszcze, jak to się skończy prawnie ani życiowo.

Wiem tylko, że kocham to dziecko i właśnie dlatego nie potrafiłam udawać, że prawda nie ma znaczenia. Tylko do dziś nie wiem, czy zrobiłam coś odważnego, czy po prostu okrutnego dla wszystkich naraz. Jak wy byście postąpili na naszym miejscu?