U notariusza dowiedziałam się, że po śmierci męża wszystko zapisał obcej kobiecie. Myślałam, że mnie zdradził, ale prawda okazała się dużo bardziej skomplikowana
„Słucham? Chyba pani coś źle przeczytała” – to było pierwsze, co powiedziałam u notariusza, kiedy usłyszałam, że mój zmarły mąż cały swój majątek zapisał jakiejś Katarzynie, której nazwiska nawet nie kojarzyłam.
Siedziałam tam jak sparaliżowana. Mieszkanie po wykupie, działka po jego rodzicach pod Radomiem, oszczędności z konta i lokaty. Wszystko. A ja, po trzydziestu latach małżeństwa, nic poza ustawowym zachowkiem, o ile w ogóle będę chciała o to walczyć.
Notariusz tylko poprawiła okulary i powiedziała spokojnie:
– Testament jest własnoręczny, formalnie wygląda prawidłowo. Jeśli chce pani, może pani dochodzić swoich praw na drodze sądowej.
Wyszłam stamtąd i przez pół godziny siedziałam w aucie pod kancelarią. Nie płakałam. Byłam tak wściekła, że aż mnie trzęsło. W głowie miałam tylko jedno: miał drugie życie. Inaczej jak mam to rozumieć?
W domu córka powiedziała:
– Mamo, może najpierw sprawdźmy, kim ona jest.
– A kim ma być? – odburknęłam. – Kochanką? Opiekunką? Jakąś sprytną babą, co sobie upolowała starszego faceta?
– Nie wiesz tego.
– Widocznie nic nie wiedziałam.
I to też była prawda, tylko nie chciałam jej wtedy dopuścić do siebie.
Bo mój mąż od dwóch lat coraz częściej „jeździł coś załatwić”. Raz mówił, że do urzędu, raz że do kolegi, raz że do warsztatu. Wracał zmęczony, zamknięty w sobie. Ja też nie byłam święta. Po jego przejściu na emeryturę wiecznie się czepiałam pieniędzy, że za dużo wydaje, że znowu gdzieś jedzie i paliwo kosztuje, że zamiast siedzieć w domu, to go ciągle nie ma. On przestał mi cokolwiek tłumaczyć, a ja przestałam pytać normalnie, tylko od razu z pretensją.
Po pogrzebie przeglądałam jego szafkę z dokumentami. Znalazłam potwierdzenia przelewów. Nie jednego, nie dwóch. Przez ostatnie trzy lata regularnie przelewał pieniądze tej Katarzynie. Czasem 300 zł, czasem 800, raz 2 tysiące. Wtedy już byłam pewna, że mnie oszukiwał.
Zadzwoniłam pod numer, który był zapisany na kartce przy rachunkach.
– Halo?
– Czy ja rozmawiam z Katarzyną? – spytałam.
– Tak.
– Ja jestem żoną Jana. To znaczy… wdową. Chciałam wiedzieć, dlaczego mój mąż przepisał pani wszystko.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka długa, niezręczna.
– Rozumiem, że jest pani zła – powiedziała w końcu. – Ale to nie wygląda tak, jak pani myśli.
– To jak wygląda? Bo z mojej perspektywy bardzo jednoznacznie.
– Mogę się z panią spotkać. Tylko nie przez telefon.
Nie chciałam, ale córka mnie namówiła. Spotkałyśmy się w małej kawiarni przy szpitalu wojewódzkim. Przyszła zwykła kobieta po czterdziestce, żadna „wyfiokowana kochanka”, jak sobie zdążyłam wymyślić. Z teczką, zmęczona, wyraźnie spięta.
Usiadła i od razu powiedziała:
– Pani mąż poznał mnie na oddziale onkologii, kiedy byłam z mamą. Moja mama leżała na sali z jego siostrą.
O siostrze męża wiedziałam, że chorowała, ale kontakt mieli nieregularny. Pomagał jej, to wiedziałam. Tylko nie wiedziałam, że aż tak się w to wkręcił.
Katarzyna wyjęła dokumenty. Decyzje z MOPS-u, zaległości czynszowe, wypowiedzenie umowy najmu sprzed dwóch lat, jakieś zaświadczenia o leczeniu dziecka. Powiedziała, że została sama z synem i schorowaną matką, wpadła w długi po tym, jak były partner przestał płacić alimenty i zniknął. Mój mąż najpierw pomógł jej ogarnąć formalności, potem pożyczył pieniądze, potem jeździł z jej mamą na badania, bo ona pracowała na zmiany w sklepie.
– I dlatego przepisał pani wszystko? – prawie syknęłam.
– Nie prosiłam go o to. Jak się dowiedziałam po jego śmierci, też byłam w szoku.
– Ale pieniądze pani brała.
– Brałam. I to mnie stawia w okropnej sytuacji. Tylko że pani mąż mówił, że w domu o tym nie mówi, bo pani się denerwuje o każdą złotówkę.
Zrobiło mi się gorąco, bo dokładnie tak było. Tylko że z mojej strony to nie było skąpstwo dla zasady. Ja od lat wszystko liczyłam: rachunki, leki, remont łazienki, potem jego rehabilitację po zawale. Bałam się, że na starość zostaniemy z niczym. A on najwyraźniej uznał, że łatwiej przede mną ukrywać niż rozmawiać.
Potem Katarzyna powiedziała coś, co już całkiem mnie rozbroiło:
– On nie chciał pani skrzywdzić. Mówił, że pani i tak ma swoje mieszkanie po rodzicach.
I tu wyszła rzecz, o której nie wiedziała nawet córka. Miałam to mieszkanie, owszem, ale dwa lata temu po cichu przepisałam je córce w darowiźnie. Mąż o tym wiedział i bardzo się wtedy pokłóciliśmy. Powiedział, że robię to bez uzgodnienia i że potem zostanie „gościem we własnym domu”, jeśli coś się między nami posypie. Obraziłam się i uznałam, że przesadza. Może właśnie wtedy coś w nim pękło.
Czy to usprawiedliwia testament? Dla mnie nie do końca. Bo można pomagać, a nie odbierać poczucia bezpieczeństwa własnej żonie. Ale też nie mogę uczciwie powiedzieć, że byłam wobec niego otwarta i fair. Każde z nas coś chowało, każde coś robiło po swojemu.
Katarzyna na koniec powiedziała:
– Jeśli pani pójdzie po zachowek, zrozumiem. Ja nie chcę wojny. Ja po prostu nie wiedziałam, że on aż tak to załatwił.
Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Byłam u prawnika. Mam prawo walczyć i pewnie część odzyskam. Tylko najgorsze jest to, że nie umiem już widzieć tej sprawy czarno-biało. Byłam pewna, że odkryłam zdradę, a odkryłam coś innego: człowieka, z którym przeżyłam tyle lat, a którego i tak do końca nie znałam. I siebie też nie pokazuję tu jako ofiary bez winy.
Czasem jestem na niego wściekła, a czasem myślę, że może po prostu chciał być potrzebny tam, gdzie ktoś jeszcze mówił mu „dziękuję”, a nie tylko „ile znowu wydałeś?”.
Sama nie wiem, co byście zrobili na moim miejscu – walczyć do końca o swoje czy odpuścić część, skoro wiem już, komu i dlaczego pomagał?