We własnym domu poczułam się jak pomoc domowa. I w końcu powiedziałam dość
„Serio znowu mam po nich sprzątać?” — rzuciłam do Marka tak ostro, że aż sam się odwrócił od zlewu i popatrzył na mnie, jakbym przesadziła.
W dużym pokoju na dywanie leżały chrupki wdeptane w wykładzinę, na stole stały trzy szklanki z niedopitą herbatą, w kuchni piętrzyły się talerze po naleśnikach, a w łazience ktoś zostawił mokry ręcznik na pralce. Dzieci Justyny wybiegły pięć minut wcześniej, trzask drzwi, „pa, pa”, cisza. Jak zwykle. A ja zostałam z tym wszystkim sama.
Marek tylko westchnął.
„Daj spokój, to dzieci.”
Dzieci. Jasne. Tylko że te dzieci mają matkę, a ich matka ma trzydzieści sześć lat, dwie zdrowe ręce i dziwną umiejętność siadania z telefonem na kanapie dokładnie w momencie, kiedy trzeba coś zrobić.
Jestem z Markiem jedenaście lat. Wprowadziłam się do niego do mieszkania w bloku po jego rodzicach, potem razem wzięliśmy kredyt na remont, bo wszystko było z PRL-u: boazeria, krzywe płytki, okna, przez które wiało. Nie mam pretensji o to, że to „jego” mieszkanie, choć czasem w kłótni to wisi w powietrzu. Oficjalnie wszystko jest wspólne, ale są takie chwile, kiedy człowiek czuje, że wspólne to są rachunki, raty i zmywanie, a nie prawo do własnych granic.
Justyna od początku była chłodna. Nie robiła awantur, nie wyzywała mnie, nic z tych rzeczy. To było gorsze. Taki uśmiech półgębkiem, „dzień dobry pani Kasiu”, choć po ślubie Marek prosił, żeby mówiła mi po imieniu. Tylko nigdy nie powiedziała „Kasia”, jakby to jej nie przeszło przez gardło.
Na początku się starałam. Naprawdę. Rosół w niedzielę, sernik na zimno dla dzieci, prezenty na Mikołajki, żeby czuły, że dziadek i jego żona to też rodzina. Nawet jak przyjeżdżała bez zapowiedzi, mówiłam sobie: dobra, nie będę robić problemu.
Potem to weszło na taki poziom, że zaczęłam się spinać już na dźwięk domofonu.
„Tylko na chwilę wpadniemy” — pisała.
Ta „chwila” trwała cztery godziny.
Justyna siadała przy stole i zaczynała opowiadać o swoim byłym, o alimentach, o tym, że ceny w Biedronce zwariowały, że ma robotę na zleceniu i nie wyrabia. Ja to wszystko rozumiałam, serio. Sama opiekowałam się swoją mamą przed śmiercią, latałam z nią po przychodniach, stałam w kolejkach do lekarzy i pracowałam na etacie. Wiem, co to zmęczenie. Ale u nas wyglądało to zawsze tak samo.
„Kasiu, możesz zerknąć na Olka, bo ja tylko dokończę kawę?”
„Kasiu, daj Zosi jogurt, bo ona tylko ten truskawkowy.”
„Kasiu, ty tak dobrze umiesz z nimi…”
A potem dzieci rozkręcone, jedno skacze po kanapie, drugie rozlewa sok, ja biegam z papierem, Marek śmieje się, że „jest gwar jak za dawnych lat”, a Justyna nawet nie podniesie kubka po sobie. Jak wychodzili, mówiła tylko:
„No to my lecimy, dzięki.”
Dzięki. Jedno słowo rzucone przez ramię, jak napiwek dla kelnerki.
Najgorsze było to, że Marek zawsze stawał pośrodku i udawał, że nie widzi.
„Odpuść. To jego córka” — mówiła mi siostra.
Tylko że ja odpuszczałam tak długo, aż zaczęłam czuć wściekłość na samą siebie. Bo prawda jest taka, że sama ich tego nauczyłam. Milczałam. Uśmiechałam się. Zamiatałam pod dywan, dosłownie i w przenośni. Wolałam mieć spokój, niż wyjść na tę złą macochę.
Wszystko wybuchło dwa tygodnie temu.
Przyszli w sobotę po południu. Ja byłam po całym tygodniu pracy, niewyspana, bo w firmie zwolnili dwie osoby i ich obowiązki spadły na mnie. Rano jeszcze byłam u swojej ciotki w szpitalu. Marzyłam tylko o ciszy.
Justyna weszła z dziećmi i od progu powiedziała:
„Tata, weźmiemy na chwilę wasz duży pokój, bo muszę ogarnąć coś na laptopie. Kasia, zrobisz im kakao?”
Nie „czy możesz”. Nie „proszę”. Po prostu zrobisz.
Patrzyłam na nią kilka sekund i coś mi się przestawiło.
„Nie, Justyna. Nie zrobię.”
Zamilkła.
Marek podniósł głowę znad pilota.
„Jak to nie zrobisz?”
„Normalnie. Jestem u siebie, nie w punkcie opieki. Jak dzieci chcą kakao, to im zrób. I posprzątaj po nich, zanim wyjdziesz. Za każdym razem zostawiasz tu bałagan.”
Powiedziałam to spokojnie, ale ręce mi się trzęsły.
Justyna zrobiła się czerwona.
„Serio? Teraz będziesz mi wypominać dzieci?”
„Nie dzieci. Tobie. To różnica.”
Marek od razu wszedł między nas.
„Kasia, nie przesadzaj. To rodzina.”
I wtedy mnie poniosło.
„Rodzina? To czemu ja w tej rodzinie jestem od czarnej roboty? Czemu po każdej waszej wizycie stoję godzinę w kuchni, a ty mi mówisz, żebym była cierpliwa? Dla dobra rodziny? A moje dobro to gdzie jest?”
Cisza była taka, że słychać było tylko bajkę lecącą z telefonu małej.
Justyna chwyciła torebkę.
„Wiedziałam. Zawsze wiedziałam, że mnie tu nie chcesz.”
To było podłe, bo nieprawdziwe. Ale trafiło. Bo może rzeczywiście od jakiegoś czasu już jej nie chciałam. Nie takiej.
Wyszła z dziećmi bez pożegnania. Marek trzasnął drzwiami od kuchni i przez dwa dni się do mnie prawie nie odzywał. Potem powiedział, że upokorzyłam jego córkę i że wnuki będą teraz rzadziej przychodzić.
A ja odpowiedziałam coś, czego sama się po sobie nie spodziewałam.
„To może zaczną przychodzić w gości, a nie do obsługi.”
Od tamtej pory jest chłód. Justyna napisała Markowi, że dopóki jej nie przeproszę, nie przyjdzie. On chodzi obrażony, niby normalnie rozmawia, ale tym tonem, od którego człowiekowi siada żołądek. Ja też nie jestem święta. Może powinnam była powiedzieć to wcześniej, łagodniej, bez dzieci obok. Może. Tylko ile razy można połykać własną złość, zanim człowiek zacznie nienawidzić własnego domu?
Naprawdę chciałam być dla nich bliska. Tylko czy bliskość ma znaczyć, że mam nie mieć już żadnego miejsca dla siebie?
Powiedzcie szczerze — przesadziłam, czy po prostu za późno powiedziałam „dość”?