Oddałam spokój za „święty porządek” w domu i dopiero teraz widzę, jak bardzo zniknęłam
„Naprawdę nie możesz po sobie od razu schować kubka?” – usłyszałam rano, zanim zdążyłam wypić kawę. Niby zwykłe zdanie, ale coś we mnie wtedy pękło. Postawiłam ten kubek specjalnie. Nie przez bałagan. Tylko po to, żeby sprawdzić, czy w tym domu wolno mi w ogóle zrobić coś po swojemu.
Mieszkamy razem od czterech lat, w mieszkaniu kupionym na kredyt. Rata, czynsz, prąd, zakupy – wszystko liczone, jak u większości. Oboje pracujemy, ja zdalnie dla firmy z Poznania, on na etacie w hurtowni. Nie żyjemy ponad stan, ale też nie jest tak, że komuś tu wszystko spada z nieba. Na początku bardzo mi imponowało, że on jest taki poukładany. Listy zakupów, segregatory z dokumentami, ręczniki składane równo, nawet przyprawy etykietami w jedną stronę. Po moim wcześniejszym życiu w ciągłym chaosie to wydawało się bezpieczne.
Tylko że z czasem ten porządek przestał być porządkiem, a stał się zasadą na wszystko. Jak odkładam buty nie pod ścianę, tylko „byle jak”, jest komentarz. Jak po pracy chcę poleżeć i nie mam siły od razu nastawić zmywarki, jest cisza obrażona do wieczora. Jak kupię coś bez konsultacji, nawet głupi koc z Pepco, to słyszę: „Po co, skoro nie było w planie?”. Niby nic wielkiego, żadnych awantur codziennie, ale człowiek zaczyna chodzić po domu jak po obcym mieszkaniu.
Najgorsze jest to, że długo go broniłam. Przed sobą też. Mówiłam: „On po prostu lubi ład”, „ma stresującą pracę”, „przesadzam”. Moja mama też powtarzała: „Lepiej, że chłop patrzy na dom, niż ma wszystko gdzieś”. I ja to kupiłam.
Tylko że ja zaczęłam znikać. Przestałam zapraszać koleżanki, bo stresowałam się, że zostawią szklankę na stole. Przestałam gotować po swojemu, bo on miał swoje „lepsze sposoby”. Nawet pracując zdalnie siedziałam spięta, bo jak kończył wcześniej i wracał, to od wejścia wzrok szedł na blat, zlew, suszarkę. Czasem nic nie mówił, ale to było gorsze. Wiedziałam już, co jest „nie tak”.
I żeby było uczciwie: ja też nie jestem łatwa. Mam tendencję do odkładania rozmów, duszenia wszystkiego w sobie, a potem wybucham o byle co. Kilka razy obiecałam, że coś będę robić inaczej, a potem wracałam do swoich nawyków. Zdarzało mi się specjalnie zostawić coś nieposprzątane, żeby go sprowokować i potem mieć dowód, że przesadza. To też nie było fair.
Tydzień temu była ta scena z kubkiem. Powiedziałam: „To nie chodzi o kubek. Ja już nie mam siły mieszkać w regulaminie”. A on od razu: „Regulaminie? To jest normalne życie, a nie akademik”. Pokłóciliśmy się pierwszy raz tak naprawdę. Bez cichych dni, bez fochów. Normalnie, głośno.
Wtedy wyszło coś, o czym wcześniej nie mówił wprost. Powiedział, że jak był dzieckiem, to w domu ciągle był syf, rachunki niepopłacone, wieczne szukanie dokumentów, awantury o pieniądze. Że sobie obiecał, że u niego tak nie będzie. I że jak widzi nieład, to go zwyczajnie ściska w środku. Szczerze, zrobiło mi się głupio, bo pierwszy raz usłyszałam to bez jego ironii i bez mojego przewracania oczami.
Tylko zaraz potem powiedział coś, czego nie umiem odpuścić: „Jakbyś bardziej się pilnowała, to w domu byłby spokój”. I wtedy mnie zmroziło. Bo nagle wyszło, że ten cały „spokój” ma być po prostu moim dostosowaniem się.
Usiadłam i zaczęłam mu wyliczać, z czego ja zrezygnowałam. Że nie słucham wieczorem muzyki, bo „rozprasza”. Że nie trzymam książek przy łóżku, bo „robią wrażenie bałaganu”. Że oddałam połowę swoich rzeczy do piwnicy, żeby szafy wyglądały „czysto”. Że nawet w weekend rano staram się nie stukać kubkiem, bo on lubi ciszę. I że już nie chodzi o porządek, tylko o to, że ja mam być jak najmniej widoczna.
On się wkurzył i powiedział: „To czemu nic nie mówiłaś wcześniej?”. I tu niestety miał rację. Bo nie mówiłam. Zaciskałam zęby, bo bałam się, że jak zacznę stawiać granice, to się posypie cały związek, kredyt, codzienność, to nasze „stabilne życie”.
Najgorsze, że od tej rozmowy jest niby poprawnie, ale jakoś obco. On parę razy ugryzł się w język, widzę to. Ja z kolei łapię się na tym, że nawet jak nic nie komentuje, to i tak jestem spięta. Wczoraj powiedział: „To ustalmy zasady wspólne, a nie moje”. Niby dobrze, tylko ja już nie wiem, czy da się ustalić zasady tam, gdzie jedna osoba przez lata kurczyła się, żeby było spokojnie.
I jeszcze jest jeden problem, którego mu nie powiedziałam. Od miesiąca odkładam po trochu pieniądze na osobne konto. Nie dlatego, że planuję ucieczkę jutro. Bardziej dlatego, że pierwszy raz od dawna chcę mieć poczucie, że jak coś, to mogę zdecydować sama. I mam przez to poczucie winy, bo z jednej strony chcę ratować związek, a z drugiej już szykuję sobie miękkie lądowanie.
Nie wiem, czy przesadzam, bo on mnie nie wyzywa, nie zabrania mi pracować, nie kontroluje telefonu. A jednak czuję się tak, jakbym w swoim własnym domu ciągle zajmowała za dużo miejsca. I coraz częściej myślę, że może człowiek nie odchodzi tylko wtedy, kiedy dzieje się coś „strasznego”, ale też wtedy, kiedy dzień po dniu przestaje być sobą.
Jak wy to widzicie – da się jeszcze odbudować normalność po czymś takim, jeśli obie strony mają trochę racji, czy to już jest ten moment, kiedy walka o „święty spokój” staje się zwykłą zdradą samej siebie?