Kiedy zadzwonił szpital, usłyszałam od męża, że nie mogę znowu ratować przeszłości kosztem własnego domu
„Jak pani nie przyjedzie dziś albo jutro, to może już nie być kiedy” – tak usłyszałam przez telefon ze szpitala powiatowego. I wtedy mój mąż, który stał obok w kuchni, tylko spojrzał na mnie i powiedział: „Tylko nie mów, że znowu wszystko rzucisz”.
Chodziło o mojego ojca. Od siedmiu lat praktycznie nie mieliśmy kontaktu. Nie było jednej wielkiej afery, raczej lata różnych rzeczy: jak piłam zupę u rodziców po pracy, to słyszałam, że „u siebie to byś może częściej bywała”, jak urodziło się drugie dziecko, to przez pół roku nie przyjechał ani razu, ale wszystkim opowiadał, że to ja się odwróciłam. Potem była sprawa po babci. Małe mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, które ostatecznie dostał on, bo „i tak się nim zajmował”. Ja nie walczyłam, bo miałam wtedy kredyt, dwójkę dzieci, pracę w markecie i zwyczajnie nie miałam siły na sądy. Tyle że prawda jest też taka, że obraziłam się i ucięłam temat całkowicie.
Przez te lata kilka razy dzwonił. Raz nie odebrałam, raz odebrałam i skończyło się awanturą, bo powiedział, że „dzieci nawet dziadka nie znają przez moje humory”. Odpaliłam wtedy, że dziadka to się poznaje, jak sam przyjeżdża, a nie jak siedzi i czeka, aż wszyscy będą go przepraszać. I tyle.
Teraz leżał sam na internie po kolejnym udarze. Sąsiadka z jego klatki podała mój numer pielęgniarce, bo w dokumentach był stary telefon. Mój brat mieszka w Holandii i od razu powiedział: „Ja teraz nie zjadę, mam robotę i małe dziecko”. A ja poczułam ten znajomy ścisk w brzuchu, że jak nie pojadę, to on umrze sam.
Mąż się wkurzył. I nie bez powodu. Mamy kredyt na mieszkanie, córka chodzi na korepetycje przed egzaminem ósmoklasisty, syn od miesiąca jeździ do poradni, bo ma problemy lękowe, a ja ostatnio już dwa razy brałam wolne, kiedy trzeba było ogarniać te wszystkie wizyty. Pracuję w rejestracji w przychodni i też nie mogę sobie znikać kiedy chcę.
Powiedział do mnie: „Jak był potrzebny przy dzieciach, to go nie było. Jak trzeba było pomóc nam po twojej operacji, to nagle go kręgosłup bolał. A teraz ty pojedziesz i zrobisz z siebie jedyną córkę od wszystkiego”.
Odpowiedziałam: „To nie chodzi o bycie dobrą córką, tylko o to, żeby człowiek nie został sam na końcu”.
A on na to: „A my? My teraz nie jesteśmy sami, jak ty znowu odpływasz do tego swojego poczucia winy?”
I to mnie zabolało, bo coś w tym było. Bo ja naprawdę noszę poczucie winy. Nie tylko do ojca. Dwa lata temu matka zmarła po ciężkiej chorobie i ja też nie bywałam tam tyle, ile powinnam. Jeździłam, pomagałam, woziłam do onkologa do miasta wojewódzkiego, załatwiałam recepty przez IKP, ale ciągle byłam w biegu i ciągle z pretensją, że wszystko jest na mojej głowie. A po jej śmierci zostało mi w głowie jedno zdanie, które powiedziała tydzień przed końcem: „Nie wszystko da się odłożyć na później”.
Pojechałam. Sama. Mąż odprowadził mnie tylko do drzwi i rzucił: „Tylko bądź uczciwa, po co tam jedziesz”.
W szpitalu ojciec wyglądał dużo gorzej, niż myślałam. Mówił niewyraźnie, ręka niesprawna, złość w oczach ta sama. Najpierw powiedział: „A jednak przyszłaś”. A potem, po kilku minutach: „Mieszkanie jest zadłużone, trzeba będzie coś z tym zrobić”. I mnie aż zagotowało. Pomyślałam, że ja tu przyjechałam, bo bałam się, że umrze sam, a on od razu o czynszu i długach.
Powiedziałam: „Nawet teraz nie umiesz normalnie ze mną rozmawiać?”.
A on: „Normalnie? Normalnie to ty się nie odzywałaś latami”.
Wyszłam na korytarz i się popłakałam ze złości. Ale potem podeszła do mnie salowa, starsza kobieta, i mówi: „On tu od dwóch dni pyta tylko, czy córka przyjdzie. Tacy są czasem ludzie, że jak się boją, to gadają o rachunkach”.
Wróciłam do sali i pierwszy raz od dawna usiedliśmy bez krzyku. Wyszło, że po śmierci matki on kompletnie sobie nie radził. Nie ogarniał opłat, brał chwilówki, bo wstydził się prosić kogokolwiek o pomoc. To mieszkanie po babci wcale nie było takim „wygranym losem”, jak mi się wydawało. Remont, zaległości, komornik na koncie. Brat wiedział więcej, niż mówił, tylko wygodnie siedział za granicą i ograniczał się do komentarzy przez telefon.
Ale nie zrobiło to z ojca niewinnej ofiary. Sam przyznał: „Byłem uparty. Czekałem, aż to ty pierwsza przyjdziesz”. Ja też powiedziałam wprost: „A ja czekałam dokładnie na to samo”.
Przez następne dni jeździłam po pracy do szpitala, potem do jego mieszkania, spisywałam rachunki, dzwoniłam do administracji, do MOPS-u pytać o jakąś pomoc po wypisie. W domu atmosfera siadła. Mąż nie robił awantur, ale był zimny. Córka raz powiedziała: „Mamo, znowu cię nie ma, jak cię potrzebuję”. I to mnie dobiło bardziej niż wszystko.
Najgorsze przyszło, kiedy lekarz powiedział, że po wypisie ojciec nie powinien zostać sam, przynajmniej na jakiś czas. Brat przez telefon stwierdził: „Do siebie go przecież nie weźmiesz”. Mąż usłyszał to na głośniku i powiedział: „Nie, nie weźmie”. Pierwszy raz tak twardo.
I ja rozumiem dlaczego. Mamy 58 metrów, dwójkę dzieci, jedno na skraju dorastania, drugie z problemami, do tego moja praca i jego zmiany. Ojciec całe życie był trudny, krytyczny, obrażalski. To nie jest człowiek, którego łatwo wpuścić do domu. Tyle że jak zaczęłam szukać ZOL-u czy jakiejkolwiek opieki, usłyszałam terminy, koszty i realia takie, że ręce opadły.
Finalnie załatwiłam mu na razie opiekę środowiskową kilka razy w tygodniu i sąsiadkę do zakupów, a sama jeżdżę co drugi dzień. Mąż mówi, że rozumie jednorazową pomoc, ale nie zgadza się, żebym po raz kolejny ustawiała całe nasze życie pod człowieka, który nigdy nie umiał być dla nas wsparciem. I chyba ma rację. Tylko jak patrzę na ojca siedzącego samego w tym mieszkaniu, to czuję, że jeśli teraz całkiem się odsunę, to już niczego nie naprawię.
Mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, kogoś zawiodę. I chyba najbardziej boli mnie to, że tyle lat pycha była po obu stronach, a teraz za wszystko płaci teraźniejszość. Jak wy byście to ustawili na moim miejscu? Czy można odpuszczać obecnej rodzinie, żeby choć trochę naprawić to, co się zawaliło z rodzicem za późno?