Powiedział, że „to tylko praca”, a ja siedziałam sama z dzieckiem na SOR-ze i wtedy coś we mnie pękło

„Nie mogłaś zadzwonić do swojej mamy?” — to było pierwsze, co usłyszałam, kiedy wrócił do domu, a ja po całej nocy siedzenia na SOR-ze ledwo stałam na nogach.

Patrzyłam na niego i serio nie wiedziałam, czy bardziej chce mi się płakać, czy drzeć. Nasz mały od popołudnia miał wysoką gorączkę, potem zaczął dziwnie oddychać, w nocy już spanikowałam. Dzwoniłam do niego chyba z osiem razy. Dwa razy odrzucił. Potem napisał: „Jestem na spotkaniu, nie mogę teraz”. Spotkaniu. O 22:40.

Wzięłam dziecko, torbę, kartę NFZ, powerbank i pojechałam taksówką na SOR dziecięcy. Sama. Mały płakał, ja też miałam łzy w oczach, ale człowiek nawet nie ma kiedy się rozsypać, jak trzeba stać w kolejce do rejestracji i pilnować, żeby dziecko nie zasnęło na rękach. Diagnoza na szczęście nie najgorsza, ale i tak skończyło się na kilku godzinach, inhalacji i czekaniu. Przez ten cały czas go nie było.

I teraz najlepsze: on twierdzi, że nie zawalił.

Powiedział: „Miałem ważną kolację z klientem, nie mogłem wyjść. Jakbym wyszedł, mogłem stracić kontrakt. Ktoś w tym domu musi zarabiać”.

A ja na to: „Czyli ja mogłam siedzieć sama całą noc z chorym dzieckiem i to jest normalne?”

On: „Nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Napisałaś tylko, że ma gorączkę i ciężko oddycha”.

Jak to powiedział, to aż mnie zatkało. Bo z jednej strony — tak, dokładnie tak napisałam. Bez caps locka, bez „natychmiast przyjedź”, bez „boję się”. Tylko ja naprawdę myślałam, że jak ojciec czyta „dziecko ciężko oddycha”, to nie trzeba tego tłumaczyć jak instrukcji z IKEA.

I tu jest ten kawałek, przez który sama nie czuję się całkiem fair. Bo to nie był pierwszy raz, kiedy miał problem z ogarnianiem takich sytuacji. On jest z tych ludzi, co dobrze działają, jak mają plan, Excela i termin na mailu, ale jak dzieje się coś nagle, to się zawiesza albo wypiera. A ja od dawna wszystko biorę na siebie, bo „szybciej będzie”. Lekarze, szczepienia, przedszkole, ubrania, apteka, nawet to, jaki syrop już był i po czym była wysypka — wszystko wiem ja. Jak pytał, mówiłam często: „Daj, sama zrobię”. Jak coś spartolił, poprawiałam po cichu albo robiłam awanturę, że mam dwóch chłopców w domu.

Więc prawda jest taka, że latami go uczyłam, że ma być pomocnikiem, a nie równym rodzicem. Tylko że pomocnik może się wylogować. Ojciec nie.

Najgorsze jest to, że ja wtedy sama też byłam na granicy. Od kilku tygodni prawie nie spałam, bo mały ciągle coś łapał z przedszkola. Ja pracuję zdalnie na umowie zlecenie, więc jak nie robię, to nie zarabiam. On ma etat, premie, niby stabilność. Ostatnio ciągle powtarzał, że w firmie są cięcia i musi się pokazać, bo kredyt, czynsz, rata za auto, wszystko podrożało. Ja to rozumiem. Naprawdę. Tylko że człowiek może rozumieć i jednocześnie mieć dość.

Jak wróciłam rano, to jeszcze usłyszałam od niego, że przesadzam, bo „przecież nic najgorszego się nie stało”. Wtedy powiedziałam coś, czego długo w sobie trzymałam: „Najgorsze to właśnie się stało, bo zobaczyłam, że w kryzysie jestem sama”.

I wtedy on też pękł. Nie od razu, dopiero po chwili. Usiadł i mówi: „Bałem się. Jak zobaczyłem tę wiadomość, to mnie ścięło. Pomyślałem, że jak przyjadę i będzie źle, to nie ogarnę. Uznałem, że skoro pojechałaś, to sobie poradzisz, jak zawsze”.

Powiem szczerze — to mnie rozwaliło jeszcze bardziej niż ta kolacja z klientem. Bo nagle wyszło, że to nie tylko olewanie, ale też jakaś jego kompletna bezradność. Tylko co mi po zrozumieniu jego mechanizmu, skoro ja o 2 w nocy siedziałam sama pod gabinetem z dzieckiem na rękach?

Potem zaczęliśmy wyciągać stare sprawy. Że po porodzie też byłam głównie sama, bo on „nie wiedział, jak pomóc”, a ja zamiast jasno mówić, obrażałam się i mówiłam „nieważne”. Że jak moja mama trafiła do szpitala rok temu, to też bardziej organizował sobie grafik niż pytał, jak się trzymam. Z drugiej strony on wypomniał mi, że od dawna traktuję go jak bankomat i kontrolera od rachunków, a emocjonalnie jestem już poza tym związkiem. I niestety też coś w tym jest. Bo od miesięcy bardziej mu raportowałam niż z nim rozmawiałam.

Od tamtej nocy jesteśmy obok siebie, ale jakoś inaczej. On próbuje się bardziej włączać, odbiera z przedszkola, był z małym u pediatry, nawet sam ogarnął receptę i aptekę. Tylko we mnie siedzi taki chłód, którego nie umiem odkręcić. Jak wychodzi z domu, od razu mam w głowie: „A jak znowu coś się stanie, to czy znów wybierze pracę albo ucieknie, bo się przestraszy?”

I nie wiem, czy to jest coś, co da się jeszcze odbudować, czy po prostu zobaczyłam prawdę za późno. Bo ja naprawdę potrafię zrozumieć, że ktoś nie umie zachować się dobrze w kryzysie. Tylko czy brak kompetencji można wybaczyć, kiedy dla drugiej strony wygląda to już jak zaniedbanie?

Sama nie wiem, czy jestem zbyt surowa, czy po prostu w końcu dotarłam do swojej granicy. Jak wy to widzicie?