Taniec w duecie: Historia, która zaczęła się od kryzysu nadciśnieniowego
– Proszę, pomóżcie! Mężczyźnie w pokoju obok coś się stało! – krzyknęła młoda pielęgniarka, niemal wpadając na mnie na korytarzu sanatorium. Zamarłam z filiżanką ziołowej herbaty w dłoni, a serce zabiło mi mocniej niż zwykle. Przecież przyjechałam tu do Karpacza, żeby odpocząć od wszystkiego: od pracy w szkole, od wiecznych telefonów od córki, od własnych lęków o przyszłość. A teraz los rzuca mnie w sam środek czyjegoś dramatu.
Nie zastanawiając się długo, pobiegłam za pielęgniarką. W pokoju obok leżał starszy mężczyzna, blady jak ściana, z kroplami potu na czole. – Panie Władysławie, słyszy mnie pan? – pytała pielęgniarka, próbując zmierzyć mu ciśnienie. – Proszę pani, niech pani pomoże mi go podtrzymać! – zwróciła się do mnie. Złapałam go pod ramiona, czując jak drży. – Oddychać… spokojnie… – powtarzałam bardziej sobie niż jemu.
Karetka przyjechała po dziesięciu minutach. Władysław został zabrany do szpitala, a ja zostałam sama na korytarzu, z sercem walącym jak młotem. Przez resztę dnia nie mogłam się uspokoić. Wciąż widziałam jego przerażone oczy i czułam na dłoniach jego ciężar. Wieczorem zadzwoniła do mnie córka, Marta.
– Mamo, wszystko w porządku? – zapytała bez czułości, raczej z obowiązku.
– Tak, tylko… miałam dziś dziwną sytuację. Pomagałam ratować sąsiada z pokoju obok.
– Znowu się w coś wplątałaś? Nie możesz po prostu odpocząć?
– Marto…
– Mamo, ja naprawdę nie mam teraz czasu na twoje historie. Muszę kończyć.
Zostałam z telefonem przy uchu i poczuciem pustki. Czy naprawdę jestem już tylko ciężarem dla własnej córki?
Następnego dnia rano pielęgniarka przyszła do mojego pokoju.
– Pani Halino, pan Władysław chciałby pani podziękować. Jest już lepiej, wrócił ze szpitala.
Niechętnie poszłam do jego pokoju. Bałam się tej konfrontacji, bałam się własnych emocji. Władysław siedział na łóżku, blady, ale uśmiechnięty.
– Dziękuję pani… Halino? Tak?
– Tak. Cieszę się, że pan wrócił.
– Gdyby nie pani…
– Proszę nie przesadzać. Każdy by pomógł.
– Nie każdy – odpowiedział cicho i spojrzał na mnie tak, jakby widział we mnie coś więcej niż tylko przypadkową kobietę.
Przez kolejne dni spotykaliśmy się coraz częściej: na spacerach po parku, przy śniadaniu w jadalni. Opowiadał mi o swoim życiu: o żonie, która odeszła kilka lat temu; o synu, który wyjechał do Anglii i rzadko dzwoni; o samotności, która boli bardziej niż choroba serca.
– Wie pani, co mnie najbardziej boli? – zapytał pewnego wieczoru.
– Co takiego?
– Że nikt już nie chce ze mną tańczyć. Kiedyś z żoną tańczyliśmy przy każdej okazji. Nawet gdy była chora…
Poczułam ukłucie zazdrości i smutku jednocześnie. Ja też kiedyś tańczyłam z mężem. Zanim odszedł do innej kobiety i zostawił mnie z Martą na rękach.
Któregoś dnia w sanatorium ogłoszono wieczorek taneczny. Władysław poprosił mnie do tańca. Najpierw odmówiłam – przecież nie umiem już tańczyć! Ale on nie ustępował.
– Halino, proszę… choć jeden taniec. Dla mnie to jak powrót do życia.
Zgodziłam się. Gdy dotknął mojej dłoni, poczułam ciepło i coś jeszcze – nadzieję? Strach? Tańczyliśmy powoli, ostrożnie, jakbyśmy bali się złamać ciszę wokół nas. Ludzie patrzyli na nas z uśmiechem i lekkim zdziwieniem.
Po tańcu usiedliśmy na ławce przed sanatorium.
– Dziękuję pani… Halino… za wszystko – powiedział cicho Władysław.
– To ja dziękuję. Dawno nie czułam się tak… potrzebna.
Wtedy zadzwoniła Marta.
– Mamo! Słyszałam od cioci Krysi, że tańczyłaś z jakimś panem! Co ty wyprawiasz?
– Marto… jestem dorosła. Mam prawo do szczęścia.
– Ale co ludzie powiedzą? Ty zawsze byłaś taka rozsądna!
– Może właśnie dlatego czasem trzeba być nierozsądnym?
Rozłączyła się bez słowa. Poczułam ból w sercu większy niż wtedy, gdy mąż odszedł. Czy naprawdę nie mam prawa do własnego życia?
Następnego dnia Marta przyjechała do Karpacza bez zapowiedzi. Weszła do mojego pokoju bez pukania.
– Mamo, musimy porozmawiać.
– O czym?
– O tym panu! Przecież ty masz swoje lata! Co ty sobie wyobrażasz?
– Że mogę być szczęśliwa?
– To dziecinada! Ludzie będą gadać!
– Nie obchodzi mnie to!
Wybiegła z pokoju ze łzami w oczach. Ja zostałam sama i długo płakałam tej nocy.
Władysław przyszedł rano.
– Wszystko w porządku?
– Nie wiem… Moja córka nie rozumie mnie. Myśli, że robię jej wstyd.
– Może kiedyś zrozumie…
Przez kolejne dni unikałam wszystkich. Chodziłam samotnie po lesie, rozmawiałam sama ze sobą. Czy naprawdę zasługuję na szczęście? Czy to już za późno?
Ostatniego dnia pobytu Władysław przyszedł pożegnać się ze mną.
– Halino… jeśli kiedyś będziesz chciała zatańczyć jeszcze raz… będę czekał.
Wróciłam do domu w Warszawie inna niż przed wyjazdem. Marta przez kilka tygodni nie odzywała się do mnie. Ale pewnego dnia zadzwoniła.
– Mamo… przepraszam. Chyba byłam niesprawiedliwa.
– Dziękuję ci, Marto…
Spotkałam się z Władysławem jeszcze wiele razy. Tańczyliśmy powoli przez życie – czasem potykając się o własne lęki i cudze opinie. Ale już wiedziałam: nigdy nie jest za późno na szczęście.
Czy naprawdę musimy rezygnować z marzeń tylko dlatego, że inni tego oczekują? A może to właśnie wtedy powinniśmy zacząć żyć naprawdę?