„Syn prosi, bym sprzedała mieszkanie, w którym zbudowałam swoje życie”: Czy można zostawić ściany, które znają każdy mój oddech?
— Mamo, to już nie ma sensu. Po co ci takie duże mieszkanie? Przecież jesteś sama — głos Pawła odbija się echem od ścian salonu, tych samych ścian, które pamiętają jeszcze jego dziecięcy śmiech i płacz. Patrzę na niego, mojego dorosłego syna, który z poważną miną rozkłada ręce, jakby tłumaczył coś oczywistego. — Sprzedajmy je, kupisz sobie coś mniejszego, a resztę pieniędzy odłożysz na spokojną starość. Albo zamieszkaj ze mną i Anią. Przecież nie musisz być sama.
Zaciskam dłonie na filiżance herbaty. Czuję znajomy ciężar w piersi. To nie jest pierwszy raz, kiedy Paweł porusza ten temat. Ale dziś mówi o tym inaczej — bardziej stanowczo, jakby już podjął decyzję za mnie. Przez okno wpada popołudniowe światło, tańcząc na starym parkiecie, który skrzypi pod każdym krokiem. Ten parkiet pamięta pierwsze kroki Pawła i jego siostry Magdy. Pamięta ich kłótnie o zabawki i moje próby godzenia ich przy kuchennym stole.
— Paweł, to nie jest tylko mieszkanie — mówię cicho. — Tu wszystko się zaczęło. Tu był twój pierwszy dzień w szkole, tu Magda płakała po pierwszej miłości. Tu tata…
Urwałam. Wiem, że nie chce o tym słuchać. Od śmierci Andrzeja minęło już dziesięć lat, ale dla mnie on wciąż tu jest — w zapachu jego wody kolońskiej na szafce nocnej, w śladach po gwoździach, gdzie wisiały jego obrazy.
Paweł wzdycha i siada naprzeciwko mnie. — Mamo, rozumiem cię, ale musisz pomyśleć o sobie. To mieszkanie jest za duże. Trudno ci je sprzątać, rachunki są wysokie…
— Nie chodzi o rachunki — przerywam mu ostro. — Chodzi o to, że tu jestem sobą. Tu czuję się bezpieczna.
Wiem, że Paweł martwi się o mnie. Widzi moje zmęczenie, coraz częściej zapominam o drobiazgach — gdzie położyłam klucze, czy zamknęłam drzwi. Ale czy to znaczy, że mam zostawić wszystko? Każdy kąt tego mieszkania to kawałek mnie. W kuchni wciąż stoi stary czajnik, ten sam, w którym gotowałam wodę na herbatę dla Andrzeja po nocnych dyżurach. Na parapecie rosną pelargonie posadzone przez Magdę przed maturą — „na szczęście”, mówiła wtedy.
— Mamo — Paweł nachyla się do mnie i ściska moją dłoń. — Ja naprawdę chcę dla ciebie dobrze. Ania też się martwi. Chcemy ci pomóc.
Patrzę mu w oczy i widzę w nich troskę, ale też cień zniecierpliwienia. Wiem, że dla niego to tylko mieszkanie — adres na mapie Warszawy, kilka pokoi do sprzedania i zamiany na coś „praktyczniejszego”. Dla mnie to dom.
Wieczorem długo chodzę po pokojach. Dotykam ścian, gładząc je opuszkami palców jakby były żywymi istotami. W sypialni wciąż stoi szafa z czasów PRL-u — Andrzej sam ją skręcał po nocach, przeklinając pod nosem instrukcję z „Mebli Polskich”. W łazience kafelki pękły po ostatniej zimie, ale nie mam serca ich wymieniać — Magda malowała na nich kiedyś serduszka lakierem do paznokci.
Nocą nie mogę zasnąć. W głowie słyszę głosy dzieci sprzed lat: „Mamo! Magda zabrała mi kredki!”, „Paweł znowu rozlał sok!”. Słyszę Andrzeja: „Nie martw się, damy radę”.
Rano dzwoni Magda z Gdańska.
— Mamo, Paweł dzwonił do mnie wczoraj. Znowu zaczyna o tym mieszkaniu?
— Tak…
— Nie daj się mu tak łatwo przekonać. Wiem, że chce dobrze, ale to twoja decyzja.
Czuję ulgę słysząc jej głos. Magda zawsze była bardziej emocjonalna niż Paweł. Ona rozumie mój sentyment do tych ścian.
Po południu przychodzi sąsiadka pani Zosia z trzeciego piętra.
— Słyszałam od Pawła, że myślisz o sprzedaży…
— Jeszcze nie podjęłam decyzji — odpowiadam wymijająco.
— Ja bym nie mogła… Po tylu latach? Przecież tu wszystko się przeżyło…
Rozmawiamy długo o dawnych czasach: o kolejkach po mięso w latach osiemdziesiątych, o wspólnych Wigiliach na klatce schodowej podczas stanu wojennego. O tym, jak nasze dzieci bawiły się razem na podwórku.
Wieczorem Paweł przychodzi jeszcze raz.
— Mamo… Proszę cię tylko o jedno: przemyśl to spokojnie. Nie chcę ci nic narzucać.
Patrzę na niego i widzę już nie chłopca z rozbitym kolanem, ale dorosłego mężczyznę z własną rodziną i problemami. Może rzeczywiście powinnam pomyśleć o sobie? Może powinnam pozwolić sobie na zmianę?
Ale jak zostawić ściany, które znają każdy mój oddech? Jak spakować całe życie do kilku kartonów?
Czasem myślę: czy dom to tylko miejsce? Czy może ludzie i wspomnienia? A jeśli odejdę stąd — czy zabiorę je ze sobą?
Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między sercem a rozsądkiem? Jak podjęliście taką decyzję?