Między miłością a stratą: Historia Marty

„Dlaczego zawsze wszystko dla niego?” – to pytanie dźwięczało mi w głowie, kiedy patrzyłam, jak mama z czułością poprawia kołnierzyk koszuli mojego młodszego brata, Kacpra. Stałam w progu kuchni, ściskając w dłoni zeszyt z piątką z matematyki, którą dostałam tego dnia. Chciałam się pochwalić, usłyszeć choć jedno ciepłe słowo, ale mama nawet nie spojrzała w moją stronę. „Kacperku, zjedz jeszcze trochę, musisz być silny” – mówiła, a ja czułam, jak w gardle rośnie mi gula.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęłam czuć się niewidzialna. Może wtedy, gdy miałam siedem lat i złamałam rękę na placu zabaw, a mama, zamiast mnie przytulić, martwiła się, czy Kacper nie przestraszył się widoku mojej krwi. Albo później, gdy dostałam wyróżnienie w konkursie recytatorskim, a ona nie przyszła na występ, bo Kacper miał katar. Zawsze on był ważniejszy. Zawsze jego potrzeby były pilniejsze. Nawet tata, choć próbował być sprawiedliwy, w końcu poddawał się jej narracji: „Marta, jesteś starsza, musisz zrozumieć”. Ale ja nie rozumiałam.

Pewnego wieczoru, kiedy miałam czternaście lat, usłyszałam przez drzwi, jak mama rozmawia z ciocią przez telefon. „Marta jest taka samodzielna, sama sobie poradzi. Ale Kacper… on jest taki wrażliwy, trzeba go chronić”. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy bycie samodzielną to powód, żeby mnie mniej kochać? Czy naprawdę muszę być silna tylko dlatego, że urodziłam się pierwsza?

W szkole byłam przeciętna. Nie dlatego, że nie potrafiłam się uczyć, ale dlatego, że nie widziałam w tym sensu. Po co się starać, skoro i tak nikt tego nie zauważy? Moja przyjaciółka, Ola, próbowała mnie pocieszać. „Może twoja mama po prostu nie umie inaczej okazywać uczuć?” – mówiła. Ale ja wiedziałam, że to nieprawda. Widziałam, jak tuli Kacpra, jak śmieje się z jego żartów, jak chwali go za każdą drobnostkę. Ja dostawałam tylko obowiązki i oczekiwania.

Najgorsze były święta. W Wigilię mama zawsze pytała Kacpra, jakie chce prezenty, a mnie wręczała coś praktycznego – skarpetki, zeszyty, czasem książkę. Kiedyś zebrałam się na odwagę i zapytałam: „Mamo, dlaczego nigdy nie pytasz mnie, co bym chciała dostać?” Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby pierwszy raz mnie widziała. „Bo ty nigdy nie narzekasz, Martuś. Jesteś taka rozsądna”.

W liceum zaczęłam się buntować. Przestałam wracać na czas do domu, związałam się z chłopakiem, który nie podobał się rodzicom. Chciałam, żeby w końcu ktoś zwrócił na mnie uwagę. Ale nawet wtedy mama tylko wzdychała: „Znowu jakieś problemy przez Martę. Kacper, nie patrz na siostrę, ona się pogubiła”. Czułam się coraz bardziej samotna. Zaczęłam pisać pamiętnik, w którym wylewałam całą swoją złość i żal.

Pewnego dnia, kiedy miałam siedemnaście lat, Kacper poważnie zachorował. Diagnoza: cukrzyca typu 1. Cały dom stanął na głowie. Mama nie spała po nocach, tata biegał po aptekach, a ja… ja byłam tą, która musiała ogarnąć wszystko inne. Gotowałam obiady, sprzątałam, robiłam zakupy. Nikt nie zapytał, jak się czuję. Nikt nie zauważył, że też się boję. Pewnej nocy usiadłam na podłodze w łazience i płakałam tak cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Kiedy Kacper wrócił ze szpitala, mama była przy nim cały czas. Ja byłam tylko tłem. Pewnego popołudnia, kiedy siedziałam w swoim pokoju, Kacper wszedł bez pukania. „Marta, czemu jesteś taka zła?” – zapytał. Spojrzałam na niego i zobaczyłam w jego oczach szczerość. „Nie jestem zła, Kacper. Jestem zmęczona. Zawsze muszę być silna, bo nikt nie daje mi prawa być słabą”. Kacper usiadł obok mnie. „Ja też się boję. Ale mama… ona nie umie inaczej. Może powinnaś jej powiedzieć, jak się czujesz?”

Zebrałam się na odwagę i wieczorem, kiedy Kacper już spał, poszłam do kuchni, gdzie mama siedziała przy stole z kubkiem herbaty. „Mamo, muszę z tobą porozmawiać”. Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem. „Co się stało, Martuś?”

Zaczęłam mówić. O wszystkim. O tym, jak czułam się niewidzialna, jak bolało mnie, że zawsze byłam na drugim planie. O tym, że też potrzebuję wsparcia, że też jestem twoją córką. Mama słuchała w milczeniu, a potem… rozpłakała się. „Przepraszam, Marto. Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić. Myślałam, że jesteś taka silna, że nie potrzebujesz tyle uwagi. Bałam się, że Kacper sobie nie poradzi, a ty… ty zawsze dawałaś radę”.

Nie wiem, czy coś się wtedy zmieniło. Może trochę. Mama zaczęła częściej pytać, jak się czuję, czasem przytuliła mnie bez powodu. Ale rany z dzieciństwa nie znikają tak łatwo. Nadal czasem czuję się niewidzialna, nadal walczę o swoje miejsce. Ale nauczyłam się mówić o swoich uczuciach. Nauczyłam się, że mam prawo być słaba, mam prawo prosić o pomoc.

Czasem patrzę na Kacpra i zastanawiam się, czy on też czuje się winny. Czy rozumie, jak bardzo jego obecność zmieniła moje życie? Czy mama kiedyś naprawdę zobaczy mnie taką, jaka jestem, a nie tylko przez pryzmat starszej, odpowiedzialnej córki?

Może każdy z nas nosi w sobie jakieś rany, których inni nie widzą. Może powinniśmy częściej rozmawiać, częściej pytać: „Jak się czujesz?”

Czy naprawdę tak trudno jest kochać dzieci po równo? Czy zawsze ktoś musi być w cieniu?