Czerwcowy Deszcz i Cienie Przeszłości: Historia Marty z Kamienicy na Pradze

– No i co teraz zrobisz, Marto? – głos babci Haliny przeszył ciszę jak nóż. Stałam w kuchni, patrząc przez okno na podwórko naszej starej praskiej kamienicy. Czerwcowy deszcz lał jak z cebra, a buciki mojej przyjaciółki, Zosi, leżały w kałuży pod samym murem. To ja je tam postawiłam, żeby szybciej wyschły, bo Zosia nie miała balkonu, a jej mama nie pozwalała suszyć butów na kaloryferze. Teraz patrzyłam na babcię Halinę, która z miną sędziego czekała na wyrok.

– Przecież to tylko buty… – zaczęłam niepewnie.

– Tylko buty? – powtórzyła babcia, unosząc brew. – A jakby to były twoje? Albo twojej matki?

Wiedziałam, że nie chodzi o buty. W tej rodzinie nic nie było tylko tym, czym się wydawało. Każda drobnostka była początkiem lawiny wspomnień, pretensji i żalów. Mama siedziała przy stole, milcząca, zaciśnięte usta zdradzały, że zaraz wybuchnie.

– Marta, mogłaś pomyśleć – powiedziała w końcu. – Zosia nie ma innych butów na zmianę. Jej matka ledwo wiąże koniec z końcem.

Poczułam ukłucie winy. Zosia była moją najlepszą przyjaciółką od podstawówki. Jej tata odszedł, gdy miała sześć lat. Od tamtej pory jej mama pracowała na dwa etaty i ciągle była zmęczona. Zosia często przychodziła do mnie po szkole, bo u nas zawsze był ktoś w domu – babcia Halina albo mama.

– Idź po te buty – rzuciła babcia. – I nie wracaj bez nich.

Zbiegłam po schodach na podwórko. Deszcz był zimny i lepki, a kałuże głębokie jak studnie. Buciki leżały tuż przy ścianie, całe przemoczone. Podniosłam je i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie wiedziałam, czy to przez deszcz, czy przez wstyd.

Gdy wróciłam do mieszkania, mama już czekała z ręcznikiem.

– Daj je tutaj – powiedziała łagodniej. – Spróbujemy je uratować.

Babcia tylko pokręciła głową i wyszła do swojego pokoju. Zawsze tak robiła, gdy coś ją przerastało. Od śmierci dziadka była coraz bardziej drażliwa, a ja czułam się odpowiedzialna za jej nastrój.

Wieczorem przyszła Zosia po swoje buty. Siedziałyśmy na łóżku w moim pokoju, a ona patrzyła na mnie smutno.

– Mama się wścieknie – powiedziała cicho.

– Przepraszam… To moja wina.

Zosia wzruszyła ramionami.

– U mnie w domu wszystko jest powodem do kłótni. Ostatnio pokłóciłyśmy się o to, że nie umyłam naczyń. Mama krzyczała tak głośno, że sąsiadka przyszła zapytać, czy wszystko w porządku.

Zrobiło mi się jeszcze bardziej przykro. W naszym domu też nie było idealnie, ale przynajmniej miałam mamę i babcię. Zosia miała tylko mamę i wieczne pretensje.

Następnego dnia w szkole Zosia przyszła w starych trampkach. Na przerwie podeszła do mnie nauczycielka matematyki.

– Marto, możesz zostać po lekcjach?

Serce mi zamarło. Wiedziałam, że to przez zadanie domowe, którego nie zrobiłam. Ostatnio coraz trudniej było mi się skupić. W domu ciągle ktoś się kłócił albo narzekał. Po lekcjach nauczycielka spojrzała na mnie surowo.

– Co się dzieje? – zapytała. – Zawsze byłaś dobrą uczennicą.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Czy mogłam jej opowiedzieć o tym, jak babcia codziennie wypomina mamie jej błędy sprzed lat? Jak mama płacze po nocach, bo nie może znaleźć pracy po zwolnieniach w fabryce? Jak ja próbuję być niewidzialna, żeby nikomu nie przeszkadzać?

– Nic… Po prostu jestem zmęczona – wymamrotałam.

Nauczycielka westchnęła.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebować…

Pokiwałam głową i wybiegłam ze szkoły.

W domu czekał mnie kolejny dramat. Babcia siedziała przy stole z listem w ręku.

– Marta! – zawołała ostro. – Co to jest?

Podsunęła mi kopertę zaadresowaną do mojej mamy. Rozpoznałam logo urzędu pracy.

– To do mamy…

– Ale otworzyłaś!

– Nie! To nie ja!

Mama weszła do kuchni i zobaczyła naszą kłótnię.

– Co się dzieje?

Babcia zaczęła krzyczeć:

– Twoja córka otwiera twoje listy! Nie ma za grosz szacunku!

Mama spojrzała na mnie bezradnie.

– Mamo…

– Ja niczego nie otwierałam! – krzyknęłam przez łzy.

Wybiegłam do swojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi. Słyszałam przez ścianę ich kłótnię:

– Zawsze ją bronisz! – wrzeszczała babcia.

– Bo ona nic złego nie zrobiła!

– Tak samo jak ty nigdy nic złego nie zrobiłaś! A potem uciekasz od problemów!

Zwinęłam się w kłębek na łóżku i płakałam długo. Czułam się winna za wszystko: za buty Zosi, za list mamy, za kłótnie w domu. Chciałam być niewidzialna.

Kilka dni później Zosia przyszła do mnie z nowiną:

– Mama znalazła pracę! Będziemy miały więcej pieniędzy!

Ucieszyłam się razem z nią, ale wiedziałam, że to nie rozwiąże wszystkich problemów. W naszym domu też pojawiły się zmiany: mama dostała zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną do nowej firmy. Babcia była sceptyczna:

– I co? Znowu cię zwolnią po trzech miesiącach?

Mama zacisnęła usta i wyszła z kuchni bez słowa.

Wieczorem usiadłam obok niej na kanapie.

– Mamo…

Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Przepraszam cię za babcię – powiedziałam cicho.

Mama uśmiechnęła się smutno.

– To nie twoja wina, Marto. Każdy z nas niesie swój ciężar.

Przytuliłam ją mocno i poczułam, jak drży jej ciało od tłumionego płaczu.

Czerwiec minął pod znakiem deszczu i rodzinnych burz. Buciki Zosi wyschły i wróciły do niej całe i czyste. Mama dostała nową pracę i powoli odzyskiwała dawny blask w oczach. Babcia Halina nadal narzekała na wszystko, ale czasem widziałam, jak ukradkiem głaszcze mnie po głowie albo zostawia mi ulubione ciastka na stole.

Zrozumiałam wtedy coś ważnego: nawet jeśli życie jest pełne konfliktów i niedomówień, to właśnie te drobne gesty są najważniejsze. Może nigdy nie będziemy idealną rodziną jak z telewizji, ale jesteśmy razem – mimo wszystko.

Czasem zastanawiam się: czy gdyby nie te buciki spadające z parapetu, cokolwiek by się zmieniło? Czy naprawdę tak niewiele trzeba, by ruszyć lawinę zmian? Co wy o tym myślicie?