Ostatnia jazda dziadka Staszka – historia o miłości, poświęceniu i rodzinie

— Staszek, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie siedział w tym garażu po ciemku?! — głos mojej żony, Marii, jeszcze brzmi mi w uszach, choć minęły już trzy lata, odkąd odeszła. Teraz tylko echo jej słów odbija się od ścian, a ja stoję w półmroku, patrząc na moją starą WSK-ę 125, którą pielęgnowałem przez ponad trzydzieści lat. Każda rysa, każda plama oleju to osobna historia.

Czuję, jak zimno przenika przez drzwi garażu, ale nie ruszam się z miejsca. Wiem, że zaraz usłyszę ciche kroki. I rzeczywiście, w drzwiach staje Zosia, moja ośmioletnia wnuczka, w piżamie w misie, z rozczochranymi włosami i tym spojrzeniem, które potrafi rozbroić każdy smutek.

— Dziadku, czemu tu siedzisz? — pyta, a ja czuję, jak ściska mnie w gardle.

— Sprawdzam, czy wszystko w porządku z moją maszyną, kochanie — odpowiadam, próbując się uśmiechnąć.

Zosia podchodzi bliżej, dotyka chłodnego chromu kierownicy. — Tata mówi, że babcia zawsze z tobą jeździła…

Przytakuję, choć głos mi się łamie. — Każdą niedzielę, przez trzydzieści lat. — Biorę ją na ręce i sadzam na siedzeniu, tam gdzie zawsze siedziała Maria. Zamykam oczy i przez chwilę czuję jej ramiona, słyszę jej śmiech, czuję wiatr we włosach. Ale ten moment przerywa nagłe trzaśnięcie drzwi.

To mój syn, Tomek. Twarz ma zmęczoną, oczy podkrążone. Kładzie na stole stertę rachunków, recept, dokumentów. — Tata, musimy pogadać — mówi cicho. — Zosia potrzebuje nowych leków. To kosztuje…

Patrzę na niego, potem na Zosię, która już rysuje kredą na podjeździe. Jej ruchy są powolne, czasem się potyka, ale uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Wiem, że nie mamy pieniędzy. Wiem, że nie mamy czasu. Wiem, co muszę zrobić.

Wieczorem siadam sam w garażu. Na siedzeniu znajduję kopertę. Rozpoznaję pismo Marii. Drżącymi rękami otwieram list:

„Staszek, jeśli to czytasz, to znaczy, że mnie już nie ma. Nie pozwól, żeby wspomnienia zatrzymały cię w miejscu. Rodzina jest najważniejsza. Kocham cię. Maria.”

Przyciskam papier do piersi. Wiem, co by zrobiła. Sprzedałaby motocykl bez wahania, by ratować Zosię. Ale dla mnie to nie tylko maszyna. To trzydzieści lat miłości, wolności, wspólnych podróży.

Z ciężkim sercem sięgam po telefon. — Dzień dobry, tu Stanisław Nowak. Mam do sprzedania WSK-ę 125, rocznik 1985…

Następnego dnia robię ostatnią rundę po mieście. Przejeżdżam obok starego baru, gdzie z Marią jedliśmy lody w każdą niedzielę. Mijam kościół, gdzie braliśmy ślub. Wiatr miesza się z moimi łzami. Czuję, jakby Maria siedziała za mną, śmiała się, śpiewała swoją ulubioną piosenkę.

W warsztacie u pana Gienka podpisuję papiery. Dostaję 18 tysięcy złotych. To wystarczy na leki dla Zosi na kilka miesięcy. Gdy motocykl znika na lawecie, czuję, jakby ktoś wyrwał mi serce.

Wieczorem Zosia zauważa brak maszyny. — Dziadku, gdzie jest twoja WSK-a? — pyta, a jej głos drży.

Klękam przed nią, biorę jej drobne dłonie w swoje. — Sprzedałem ją, kochanie. Żebyś mogła być zdrowa.

W jej oczach pojawiają się łzy. — Jesteś na mnie zły?

Przytulam ją mocno. — Nigdy. Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. Babcia byłaby z ciebie dumna.

Nie wiem jeszcze, że mój gest poruszy całą okolicę. Młody mechanik, Kuba, który był przy sprzedaży, wrzuca post na forum motocyklowym:

„Dziś spotkałem starszego pana, który sprzedał swoją WSK-ę, by ratować wnuczkę. To jest prawdziwy motocyklowy duch.”

W ciągu kilku dni wiadomość rozchodzi się po całej Polsce. Motocykliści z klubów z Krakowa, Warszawy, Poznania, a nawet z małych wiosek, zaczynają pisać, dzwonić, oferować pomoc. Ktoś przysyła części, ktoś inny oferuje darmowe naprawy, jeszcze inni zbierają pieniądze na leczenie Zosi.

Po dwóch tygodniach pod moim domem pojawia się kawalkada ponad stu motocykli. Są kobiety, mężczyźni, młodzi i starzy. Wszyscy przyszli dla nas. Kuba podchodzi do mnie, zdejmuje kask.

— Panie Staszku, cała Polska usłyszała o waszej historii. Chcemy panu coś pokazać.

Zza rogu wyjeżdża laweta, a na niej błyszczy odnowiona WSK-a. Na baku widnieje napis: „Rodzina ponad wszystko”. Na kierownicy wisi mały różowy kask dla Zosi.

Nie mogę powstrzymać łez. Dotykam baku, czuję, jakby Maria była tuż obok. Kuba mówi:

— Każda część tej maszyny pochodzi od innego motocyklisty. Zebraliśmy też pieniądze na leki dla Zosi na trzy lata.

— Ja… ja nie mogę tego przyjąć… — szepczę, ale Kuba tylko się uśmiecha.

— To nie jest jałmużna, panie Staszku. To rodzina.

Zosia patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami, trzymając różowy kask.

— Dziadku, możemy się przejechać?

— Tak, kochanie. Wsiadaj.

Odpalam silnik. Ryk WSK-i rozbrzmiewa po całej ulicy. Zosia śmieje się głośno:

— Ale głośno!

— To dźwięk wolności, skarbie — odpowiadam, a łzy płyną mi po policzkach.

Motocykliści ruszają razem z nami. Przejeżdżamy przez całe miasteczko, ludzie wychodzą na ulice, klaszczą, niektórzy płaczą. Prowadzę kawalkadę, Zosia trzyma mnie mocno. Po raz pierwszy od śmierci Marii czuję, że nie jestem sam.

Zosia wraca do zdrowia. Jej śmiech znów wypełnia dom, a jej rysunki – motocykle, anioły, serca – pokrywają lodówkę. Wieczorami siada na moich kolanach i szepcze:

— Kiedyś będę miała swoją własną WSK-ę i będziemy jeździć razem na zawsze.

Całuję ją w czoło. — Wtedy będę najszczęśliwszym dziadkiem na świecie.

W garażu, obok siebie, wiszą dwa kaski: Marii i Zosi. Jak obietnica, że miłość, nawet po stracie, zawsze znajdzie drogę, by dalej jechać przez życie.

Czasem patrzę na te kaski i myślę: czy naprawdę trzeba coś stracić, by zrozumieć, jak wiele się ma? Czy potrafilibyście poświęcić wszystko dla tych, których kochacie? Podzielcie się swoimi historiami…