Zamieniłem żonę na zmywarkę. Myślałem, że wygrałem życie, a straciłem wszystko.
— I co, znowu nie działa? — krzyknąłem, uderzając pięścią w blat kuchenny. Zmywarka wydała z siebie tylko żałosny pisk i zgasła. Stałem w pustym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, otoczony sprzętami, które miały być moją rodziną. Lodówka sama zamawiała mleko, ekspres do kawy budził mnie aromatem świeżej kawy, a robot sprzątający krążył po salonie niczym cichy duch. Wszystko miało być proste, szybkie, bezproblemowe. Tak bardzo chciałem udowodnić sobie i wszystkim dookoła, że nie potrzebuję nikogo.
Ale dziś, w ten szary listopadowy wieczór, czułem się bardziej samotny niż kiedykolwiek.
— Michał, przecież nie możesz tak żyć — powtarzała mi mama przez telefon. — Człowiek to nie maszyna. — Zawsze się z niej śmiałem. „Mamo, mamy XXI wiek!” — odpowiadałem. „Po co mi ktoś do życia, skoro wszystko mogę zrobić sam?” Nawet po rozwodzie z Anią byłem pewien, że to ona była problemem. „Za dużo wymagałaś” — powiedziałem jej przy ostatnim spotkaniu w kawiarni na Nowym Świecie. „Chciałaś rozmów, bliskości… Ja chciałem spokoju.”
Wtedy wydawało mi się to logiczne. Praca w IT, ciągłe projekty, deadline’y. Po powrocie do domu marzyłem tylko o ciszy i porządku. Ania chciała rozmawiać o swoich uczniach (była nauczycielką polskiego), o tym, co ją boli, co ją cieszy. A ja? Ja chciałem tylko, żeby nikt ode mnie niczego nie chciał.
Po rozwodzie urządziłem mieszkanie na nowo. Wszystko pod linijkę: szare ściany, minimalistyczne meble, zero bibelotów. Kupiłem najnowsze AGD: pralkę z Wi-Fi, piekarnik sterowany aplikacją, nawet inteligentne rolety. „Teraz będę miał czas dla siebie” — myślałem z satysfakcją.
Pierwsze tygodnie były jak sen. Nikt nie zostawiał skarpetek na podłodze, nikt nie marudził o wyniesienie śmieci. W weekendy spałem do południa, zamawiałem jedzenie przez aplikację i oglądałem seriale do późna w nocy. Koledzy z pracy zazdrościli mi „wolności”.
Ale z czasem coś zaczęło mnie uwierać. Po pracy wracałem do pustego mieszkania i czułem… ciszę. Taką głuchą ciszę, która dzwoniła w uszach. Próbowałem ją zagłuszyć muzyką albo podcastami o produktywności. Ale wieczorami coraz częściej łapałem się na tym, że brakuje mi czyjegoś głosu.
Pewnego dnia wróciłem do domu i zobaczyłem awarię — pralka wylała wodę na całą łazienkę. Wściekły zadzwoniłem po serwisanta.
— Panie Michale, to tylko maszyna — powiedział starszy pan z obsługi. — Czasem trzeba jej po prostu dać odpocząć.
Zacząłem się śmiać przez łzy. „Maszyna musi odpocząć? A ja? Ja też jestem maszyną?” — pomyślałem.
W pracy coraz częściej łapałem się na tym, że zazdroszczę kolegom rozmów o dzieciach, żonach, wspólnych wakacjach. Kiedyś mnie to nudziło — teraz słuchałem z zazdrością.
W grudniu zadzwoniła Ania.
— Michał… moglibyśmy się spotkać? Potrzebuję twojej pomocy z komputerem.
Zgodziłem się od razu. Spotkaliśmy się w jej nowym mieszkaniu na Pradze. Było tam ciepło, pachniało ciastem i kawą. Na stole leżały książki i zeszyty uczniów.
— Jak ci się żyje samemu? — zapytała cicho.
Zawahałem się.
— Dobrze… chyba dobrze… Mam wszystko pod kontrolą.
Uśmiechnęła się smutno.
— Kontrola to nie wszystko, Michał. Czasem warto po prostu być razem.
Pomogłem jej z komputerem i zostałem na herbatę. Rozmawialiśmy długo — o pracy, o dawnych czasach, o tym, co nas bolało. Poczułem coś dziwnego: tęsknotę za tym chaosem, który kiedyś mnie denerwował.
Wróciłem do domu i długo nie mogłem zasnąć. Zacząłem zauważać rzeczy, których wcześniej nie widziałem: jak bardzo brakuje mi czyjegoś śmiechu w kuchni; jak puste są moje wieczory; jak bardzo tęsknię za dotykiem drugiej osoby.
Próbowałem zagłuszyć te myśli nowymi gadżetami: kupiłem inteligentnego asystenta głosowego i lampki sterowane smartfonem. Ale to tylko pogłębiało moją samotność.
W styczniu zachorowałem na grypę. Leżałem sam w łóżku przez tydzień — nikt nie podał mi herbaty, nikt nie zapytał, jak się czuję. Mama dzwoniła codziennie, ale była daleko w Gdańsku.
Pewnego wieczoru zadzwonił mój przyjaciel Tomek.
— Stary, co u ciebie? Dawno cię nie widziałem!
— Nic… wszystko po staremu — odpowiedziałem wymijająco.
— Wpadnij do nas na obiad w niedzielę! Basia upiekła sernik.
Pojechałem. Ich mieszkanie było pełne dziecięcego śmiechu i bałaganu. Basia biegała między kuchnią a salonem, Tomek próbował uspokoić syna płaczącego nad rozlanym sokiem.
— Przepraszam za chaos — zaśmiała się Basia.
— Nie przepraszaj… — powiedziałem cicho. — To piękne.
Wróciłem do siebie i poczułem pustkę jeszcze mocniej niż wcześniej.
Zacząłem chodzić na spacery po mieście — obserwowałem ludzi w parkach, rodziny na placach zabaw, pary trzymające się za ręce na Starym Mieście. Zrozumiałem wtedy coś ważnego: żadna maszyna nie zastąpi drugiego człowieka.
Któregoś dnia napisałem do Ani:
— Chciałbym pogadać… Może kawa?
Spotkaliśmy się w tej samej kawiarni co zawsze. Była inna niż kiedyś — spokojniejsza, pogodzona ze sobą.
— Michał… ja już nie chcę wracać do tego, co było — powiedziała szczerze. — Ale możemy być przyjaciółmi.
Poczułem ulgę i smutek jednocześnie. Zrozumiałem, że nie da się cofnąć czasu ani naprawić wszystkiego jednym kliknięciem jak w smartfonie.
Dziś wiem jedno: technologia może ułatwić życie, ale nigdy nie zastąpi bliskości drugiego człowieka. Możesz mieć najnowocześniejszy sprzęt i nadal czuć się najbardziej samotnym człowiekiem na świecie.
Czy naprawdę warto zamieniać ludzi na maszyny? Czy wygoda jest ważniejsza od ciepła drugiej osoby? Może czasem warto wybrać chaos i niedoskonałość zamiast perfekcyjnej samotności?