W cieniu przerwy obiadowej: Zaufanie, rachunek i cena naiwności

— Słuchaj, Michał, możesz za mnie zapłacić dziś za obiad? Zapomniałem portfela, oddam ci jutro, przysięgam — powiedział Tomek, mój kolega z drugiej zmiany, kiedy staliśmy w kolejce do stołówki. W jego oczach widziałem lekką panikę, ale i coś jeszcze — może cień wyrachowania? Wtedy nie zwróciłem na to uwagi. Byłem zmęczony po nocnej zmianie, a głowa bolała mnie od hałasu maszyn i niekończących się pretensji szefa. Skinąłem głową, bo przecież Tomek to swój chłop, pracujemy razem już ponad rok.

Zapłaciłem za dwa obiady. Zwykły schabowy z ziemniakami i kompotem. Niby nic wielkiego, ale kiedy wróciłem do stołu, poczułem ukłucie niepokoju. Tomek już jadł, rozmawiając z innymi, jakby nic się nie stało. Przez chwilę miałem wrażenie, że nawet nie spojrzał mi w oczy. „Może się wstydzi,” pomyślałem. „Odda jutro, przecież obiecał.”

Wieczorem wróciłem do domu później niż zwykle. Moja żona, Kasia, czekała z kolacją, ale widziała po mojej minie, że coś jest nie tak.

— Co się stało? — zapytała cicho.

— Nic wielkiego. Po prostu… Tomek poprosił mnie, żebym zapłacił za niego obiad. Zapomniał portfela.

Kasia spojrzała na mnie uważnie.

— Michał, ty zawsze wszystkim pomagasz. Ale czy on ci odda?

Machnąłem ręką.

— Oczywiście! Przecież to tylko kilkanaście złotych.

Ale tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, myśląc o tym, jak często daję się wykorzystywać. Przypomniałem sobie sytuacje z przeszłości — kolega pożyczył narzędzia i nie oddał, sąsiad prosił o pomoc przy przeprowadzce i nawet nie podziękował. Czy naprawdę jestem taki naiwny?

Następnego dnia Tomek nawet się do mnie nie odezwał. Unikał mojego wzroku, rozmawiał głośno z innymi o weekendzie nad jeziorem. Czułem się jak idiota. Po przerwie obiadowej podszedłem do niego.

— Hej, Tomek… pamiętasz o tym obiedzie?

Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

— A tak, jasne! Słuchaj, dzisiaj też nie mam przy sobie gotówki, ale oddam ci w piątek, dobra?

Poczułem narastającą irytację.

— Wiesz co, Tomek? To już drugi dzień. Nie chodzi o pieniądze… Po prostu nie lubię być robiony w balona.

Zamilkł na chwilę, potem wzruszył ramionami.

— Spokojnie, przecież to tylko obiad. Nie przesadzaj.

Wróciłem do pracy z poczuciem upokorzenia. W głowie kłębiły mi się myśli: „Może przesadzam? Może rzeczywiście to drobiazg?” Ale potem przypomniałem sobie słowa Kasi: „Ty zawsze wszystkim pomagasz”. Czy naprawdę jestem taki łatwowierny?

Wieczorem w domu wybuchła kłótnia. Kasia była zmęczona moim ciągłym zamyśleniem.

— Michał, musisz nauczyć się mówić „nie”! Ludzie cię wykorzystują! — krzyczała przez łzy.

— Ale ja nie chcę być jak inni! — odpowiedziałem z rozpaczą. — Chcę wierzyć ludziom!

— A co masz z tego? — zapytała cicho.

Nie potrafiłem odpowiedzieć.

Przez kolejne dni Tomek unikał tematu. W końcu w piątek podszedłem do niego jeszcze raz.

— Tomek, oddasz mi te pieniądze?

Westchnął teatralnie i wyciągnął kilka monet z kieszeni.

— Proszę cię bardzo! Ale następnym razem sam sobie radź.

Poczułem gniew i rozczarowanie. To nie chodziło już o pieniądze — chodziło o szacunek. O to, że pozwoliłem komuś wejść sobie na głowę.

Tego dnia wróciłem do domu wcześniej niż zwykle. Usiadłem w kuchni i długo patrzyłem przez okno na szare blokowisko za oknem. Kasia usiadła obok mnie i położyła dłoń na mojej ręce.

— Wiesz co? Może czasem warto być trochę bardziej ostrożnym — powiedziała cicho.

Przez następne tygodnie zacząłem inaczej patrzeć na ludzi w pracy. Przestałem być „tym od wszystkiego”. Zacząłem mówić „nie” — najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej. Niektórzy byli zdziwieni, inni nawet obrażeni. Ale ja poczułem ulgę.

Zrozumiałem jedno: zaufanie to nie jest coś oczywistego. To coś, co trzeba budować powoli i ostrożnie — a czasem trzeba umieć postawić granicę.

Czasem zastanawiam się: czy lepiej być naiwnym i wierzyć ludziom, czy zamknąć się w sobie i nikomu nie ufać? Czy można znaleźć złoty środek? Może każdy musi sam odpowiedzieć sobie na to pytanie.