Testament, który rozdarł moje serce: Prawda o rodzinie, której nie znałam
„Wiesz, mama zostawiła wszystko mnie. Twój pokój, mieszkanie, nawet działkę pod Warszawą. To już nie twoje.”
Te słowa, wypowiedziane przez moją młodszą siostrę Lenę, rozbrzmiewały w mojej głowie jak echo. Stałam w przedpokoju naszego rodzinnego mieszkania na warszawskim Mokotowie, z walizką w ręku i sercem ściśniętym jak nigdy dotąd. To był dom, w którym dorastałam, gdzie tata uczył mnie jeździć na rowerze na podwórku, gdzie mama piekła najlepszy sernik na świecie i gdzie po raz pierwszy poczułam się bezpieczna. Teraz miałam to wszystko stracić.
„Co ty mówisz, Lena? Przecież mama wiedziała, jak bardzo kocham ten dom… Przecież to był nasz dom!”
Lena wzruszyła ramionami i spojrzała na mnie z chłodną obojętnością. „Tak jest w testamencie. Wszystko przepisane na mnie. Pani mecenas Nowicka mi wszystko wyjaśniła. Ty nie dostajesz nic.”
Poczułam, jak nogi uginają się pode mną. Nie mogłam oddychać. W głowie kłębiły mi się pytania: dlaczego? Czy zrobiłam coś nie tak? Przecież to ja byłam przy mamie, kiedy tata odszedł nagle na zawał. To ja woziłam ją na rehabilitację po operacji biodra, gotowałam jej rosół i czytałam książki, kiedy nie mogła spać. Lena wtedy studiowała w Londynie i wpadała do domu tylko na święta – zawsze w centrum uwagi, zawsze z nowym chłopakiem i opowieściami o wielkim świecie.
„Nie wierzę ci…”, wyszeptałam.
Lena westchnęła teatralnie i usiadła na fotelu naprzeciwko mnie. „Wiem, że to dla ciebie trudne. Ale może mama miała swoje powody? Może ją czymś zraniłaś? Może nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy?”
Patrzyłam jej prosto w oczy. „Nigdy jej nie zraniłam. Wszystko robiłam z miłości.”
Czułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie chciałam płakać przy niej. Wiedziałam, że Lena to wykorzysta – zawsze była mistrzynią manipulacji: urocza dla obcych, zimna i wyrachowana dla najbliższych.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam w swoim dawnym pokoju – jeszcze moim – patrząc w sufit i próbując znaleźć sens w tym wszystkim. Przypominały mi się chwile z dzieciństwa: mama przytulająca mnie po upadku z huśtawki; mama piekąca szarlotkę na moje urodziny; mama pocieszająca mnie po pierwszym zawodzie miłosnym. Czy to wszystko nie wystarczyło?
Następnego dnia poszłam do kancelarii pani mecenas Nowickiej. Starsza kobieta o łagodnym spojrzeniu podała mi testament. „Niestety, pani Marto,” powiedziała cicho, „pani mama wszystko zapisała Lenie. Nie ma żadnej wzmianki o pani.”
„Ale dlaczego?” spytałam z rozpaczą.
Mecenas Nowicka rozłożyła ręce. „Tylko pani mama zna odpowiedź.”
Wyszłam z kancelarii jak cień samej siebie. Ludzie na ulicy mijali mnie obojętnie – jakby nikt nie widział mojego bólu. W głowie kołatało mi tylko jedno: może nigdy mnie nie kochała? Może całe życie byłam ślepa na prawdę?
Przez kolejne dni próbowałam dodzwonić się do Leny, ale nie odbierała telefonu. Mieszkanie mamy już wystawiła na wynajem przez agencję nieruchomości. Mój pokój – mój azyl – miał zostać opróżniony w ciągu dwóch tygodni. Zaczęły przychodzić listy od jej prawniczki: „Prosimy o opuszczenie lokalu w terminie 14 dni.”
Przyjaciele radzili mi pozwać siostrę, ale nie miałam siły na kolejną walkę. Rodzina rozpadała mi się na oczach, a ja nie wiedziałam, jak to zatrzymać.
Pewnego wieczoru spotkałam się z moim przyjacielem Pawłem w kawiarni przy Placu Zbawiciela. Powiedziałam mu to, co najbardziej mnie bolało:
„Może nigdy nie byłam wystarczająco dobrą córką. Może tylko mi się wydawało.”
Paweł spojrzał na mnie poważnie: „Marta, zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Niektórych rzeczy nie da się zmienić – ale możesz zdecydować, kim chcesz być dla innych.”
Te słowa dźwięczały mi w głowie, kiedy pakowałam swoje rzeczy do kartonów. Każda książka, każde zdjęcie, każdy sweter – wszystko przypominało mi o życiu, które już nie było moje.
Ostatni raz przeszłam przez puste mieszkanie i zatrzymałam się przy oknie z widokiem na stare kasztanowce pod blokiem. Wtedy przypomniały mi się słowa mamy z dzieciństwa: „Rodzina jest najważniejsza na świecie.”
Ale co zrobić, kiedy rodzina cię zdradza? Kiedy ci, których kochasz najbardziej, zostawiają cię z niczym?
Dziś wynajmuję małe mieszkanie na Pradze i pracuję na dwa etaty – jako nauczycielka angielskiego i kelnerka w bistro. Lena nie odzywa się do mnie od miesięcy. Grób mamy odwiedzam sama.
Czasem zastanawiam się: czy więzy krwi naprawdę znaczą miłość? Czy rodzina przestaje być rodziną, kiedy znika zaufanie?
A wy? Co myślicie? Czy można wybaczyć taką zdradę?