„Samotność nie boli, dopóki nie spojrzysz komuś w oczy” – historia z biblioteki, która zmieniła wszystko

– Proszę pani, czy mogę już oddać te książki? – zapytał chłopak z rudą czupryną, stukając palcami o ladę. Spojrzałam na niego znad okularów, próbując nie okazać irytacji. Był wtorek, godzina piętnasta, a ja od rana nie miałam chwili spokoju. W bibliotece panował gwar, dzieci biegały między regałami, a ja czułam się jak cień – niewidzialna dla świata, przezroczysta nawet dla siebie.

Odkąd pamiętam, zawsze byłam sama. Nie dlatego, że tego chciałam. Po prostu tak wyszło. Po studiach wróciłam do rodzinnego domu w Radomiu, żeby opiekować się mamą po udarze. Tata odszedł dawno temu, a brat wyjechał do Anglii i kontaktował się tylko przez święta. Przez dziesięć lat moje życie kręciło się wokół leków, rehabilitacji i cichych wieczorów przy herbacie. Kiedy mama zmarła, miałam czterdzieści dwa lata i poczucie, że przegapiłam własne życie.

Nigdy nie byłam w związku dłużej niż kilka miesięcy. Z czasem przestałam próbować. Nie dlatego, że nie chciałam bliskości. Po prostu życie jakoś się ułożyło… obok. Z wiekiem samotność przestaje być czymś, co boli. Staje się jak stary sweter – trochę gryzie, ale jest znajomy.

Tego dnia w bibliotece pojawił się mężczyzna, którego wcześniej nie widziałam. Wysoki, siwiejący na skroniach, z książką pod pachą i uśmiechem, który wydawał się nie na miejscu w tej szarej rzeczywistości. Podszedł do mnie i zapytał:

– Przepraszam, czy mogę prosić o polecenie czegoś dobrego do czytania? Lubię powieści psychologiczne.

Zaskoczył mnie. Większość czytelników przychodziła po lektury szkolne albo kryminały. Spojrzałam na niego uważniej.

– Może „Cudzoziemka” Kuncewiczowej? Albo „Dygot” Małeckiego?

Uśmiechnął się szerzej.

– Pani czytała?

– Tak… – odpowiedziałam cicho.

– To może mi pani opowie, dlaczego warto?

Zaczerwieniłam się jak nastolatka. Od lat nikt mnie o to nie pytał. Zaczęliśmy rozmawiać – najpierw o książkach, potem o życiu. Dowiedziałam się, że ma na imię Michał, jest wdowcem i niedawno wrócił do Radomia po latach pracy w Warszawie.

Przez kolejne tygodnie Michał przychodził do biblioteki coraz częściej. Czasem przynosił kawę w papierowych kubkach, czasem ciastko z pobliskiej cukierni. Zaczęłam czekać na te spotkania jak dziecko na pierwszy śnieg. Po raz pierwszy od lat czułam się widziana.

Pewnego dnia zaproponował spacer po parku Kościuszki.

– Może przejdziemy się po pracy? – zapytał nieśmiało.

Serce zabiło mi mocniej. Chciałam powiedzieć „tak”, ale w głowie odezwał się głos mamy: „Uważaj na ludzi”.

– Nie wiem… – wymamrotałam. – Mam dużo pracy.

Michał uśmiechnął się smutno.

– Rozumiem. Może innym razem.

Przez następny tydzień nie mogłam spać. Wpatrywałam się w sufit i myślałam: „A jeśli to ostatnia szansa? Jeśli już zawsze będę sama?”

W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do niego (zostawił mi numer na kartce z cytatem z Miłosza). Umówiliśmy się na kawę w małej kawiarni przy rynku.

Rozmawialiśmy godzinami. Michał opowiadał o swojej żonie, która zmarła na raka pięć lat temu. O tym, jak trudno mu było wrócić do normalności. Ja mówiłam o mamie i o tym, jak samotność potrafi być cicha i głośna jednocześnie.

Zaczęliśmy spotykać się regularnie. W pracy koleżanki zaczęły szeptać za moimi plecami:

– Widzisz ją? Zakochała się na stare lata!

Udawałam, że mnie to nie rusza, ale bolało. W domu brat zadzwonił z Anglii:

– Ty chyba żartujesz! Po co ci to? Lepiej kup kota.

A ja po raz pierwszy od dawna czułam się szczęśliwa.

Pewnego wieczoru Michał zaprosił mnie do siebie na kolację. Przy świecach i winie powiedział:

– Chciałbym spróbować jeszcze raz… być z kimś blisko. Ale boję się.

Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu.

– Ja też się boję – wyszeptałam. – Ale chyba bardziej boję się już nigdy nie spróbować.

Zaczęliśmy być razem. Powoli, ostrożnie, jakbyśmy uczyli się chodzić po lodzie. Były chwile piękne – wspólne wyjazdy nad Pilicę, spacery po lesie, śniadania w łóżku. Ale były też trudne rozmowy o przeszłości, o lękach i o tym, czy mamy jeszcze prawo do szczęścia.

Najtrudniejsze przyszło po kilku miesiącach. Michał zachorował – zdiagnozowano u niego nowotwór prostaty. Świat znów zaczął mi się wymykać spod kontroli.

– Nie chcę cię obciążać – powiedział pewnego dnia. – Może lepiej będzie, jeśli…

Przerwałam mu stanowczo:

– Nie odejdę. Nie teraz.

Opiekowałam się nim tak, jak kiedyś mamą. Były dni pełne nadziei i takie, kiedy płakałam w poduszkę z bezsilności. Rodzina Michała patrzyła na mnie podejrzliwie:

– Kim pani właściwie jest? – pytała jego siostra podczas jednej z wizyt w szpitalu.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Byłam kimś pomiędzy – nie żoną, nie rodziną… tylko kobietą, która pokochała za późno?

Michał przeszedł operację i powoli wracał do zdrowia. Kiedy wróciliśmy razem do domu ze szpitala, spojrzał mi w oczy i powiedział:

– Dziękuję ci za wszystko. Gdyby nie ty…

Przytuliłam go mocno i poczułam łzy na policzkach.

Dziś wiem jedno: nigdy nie jest za późno na bliskość. Nawet jeśli całe życie było się samotnym cieniem.

Czasem myślę: co by było, gdybym wtedy nie podniosła słuchawki? Czy odważycie się kiedyś zrobić ten pierwszy krok… nawet jeśli serce podpowiada „nie warto”?