Ostatnie zbiory – historia walki o rodzinny dom

– Nie dam ci temu przeminąć, Greg! Jadę tylko przez moje trupy! – krzyknęła mama, Zofia Fulwer, przesłaniając mi drzwi prowadzące do ogrodu. Stała tam, drobna, ale wyprostowana jak struna, z zaciśniętymi pięściami i oczami pełnymi łez.

– Matko, idź w bok! Rezolucja już jest zadanek! Jutro przyjadą z maszynami i wszystko tu wytną. Dokumenty są po cnie, – westchnąłem ciężko, nie patrząc jej w oczy.

– Jakie dokumenty? Kto ci pozwolił? To ziemia twojego ojca! – jej głos drżał, ale nie było w nim ani odrobiny słabości.

Zacisnąłem zęby. Nie chciałem tego robić. Przysięgałem sobie, że nigdy nie będę musiał stawać przeciwko niej. Ale życie nie zostawiało wyboru. Długi rosły od lat, a po śmierci ojca wszystko spadło na moje barki. Banki nie czekały na sentymenty.

– Mama, nie rozumiesz… – zacząłem, ale przerwała mi gwałtownym ruchem ręki.

– To ty nie rozumiesz! Tu się urodziłeś! Tu twój ojciec orał ziemię, a ja sadziłam jabłonie! Chcesz to wszystko oddać obcym? – łzy spływały jej po policzkach, ale nie ruszyła się z miejsca.

Za oknem wiatr szarpał gałęziami starych drzew. W powietrzu czuć było jesień – wilgoć, zapach gnijących liści i coś jeszcze… coś nieuchwytnego, jakby echo dawnych lat.

Pamiętam, jak biegałem po tym sadzie jako dziecko. Ojciec uczył mnie rozpoznawać odmiany jabłek po zapachu i smaku. Mama śmiała się wtedy głośno, a ja czułem się bezpieczny. Teraz wszystko miało zniknąć pod buldożerem.

– Mamo… – głos mi się załamał. – Nie mamy już wyjścia. Długi są większe niż wartość ziemi. Jeśli nie sprzedamy teraz, stracimy wszystko i jeszcze zostaniemy z niczym.

– A co z tradycją? Co z pamięcią o ojcu? – szepnęła.

Nie umiałem odpowiedzieć. W mojej głowie kłębiły się obrazy: ojciec przy pracy, mama w kuchni, zapach świeżego chleba… Wszystko to miało przeminąć.

Nagle drzwi trzasnęły i do kuchni wbiegła moja siostra, Marta. Miała rozczochrane włosy i oczy pełne gniewu.

– Co tu się dzieje?! Greg, ty naprawdę chcesz to zrobić? – spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Marta, nie mieszaj się…

– Jak to nie mieszaj się?! To mój dom tak samo jak twój! – krzyknęła.

Mama spojrzała na nas oboje z rozpaczą.

– Dzieci… proszę was…

Przez chwilę wszyscy milczeliśmy. Słychać było tylko tykanie starego zegara i szum wiatru za oknem.

– Może jest jakieś wyjście… – zaczęła Marta cicho. – Może możemy poprosić gminę o pomoc? Albo zrobić zbiórkę?

Pokręciłem głową.

– Próbowałem wszystkiego. Nikt nie chce inwestować w stare gospodarstwo na końcu świata. Nawet sąsiedzi już się wyprowadzili.

Mama usiadła ciężko na krześle. Wyglądała na starszą niż kiedykolwiek.

– To koniec… – wyszeptała.

W nocy długo nie mogłem zasnąć. Siedziałem przy oknie i patrzyłem na ciemny sad. Każde drzewo miało swoją historię. Każdy kamień na tej ziemi był częścią naszej rodziny.

Rano obudził mnie hałas silników. Przez firankę zobaczyłem żółte maszyny i ludzi w odblaskowych kamizelkach. Mama stała już na podwórku, ubrana w starą chustkę i płaszcz ojca.

– Nie pozwolę! – krzyczała do robotników.

Podbiegłem do niej.

– Mamo, proszę cię…

Jeden z robotników podszedł do mnie.

– Panie Fulwer, mamy zgodę urzędu. Musimy zacząć dziś.

Mama spojrzała na mnie błagalnie.

– Greg…

Nie miałem siły jej spojrzeć w oczy. Podpisałem papiery. To była moja decyzja.

Maszyny ruszyły. Ziemia drżała pod ich ciężarem. Pierwsze drzewo runęło z trzaskiem. Mama upadła na kolana i zaczęła płakać tak głośno, że serce mi pękało.

Marta objęła ją ramionami, a ja stałem jak sparaliżowany. Wszystko działo się jak we śnie – koszmarnym śnie, z którego nie można się obudzić.

Wieczorem dom był pusty i cichy. Siedzieliśmy przy stole w milczeniu. Mama nie jadła nic przez cały dzień. Marta patrzyła na mnie z wyrzutem.

– Zdradziłeś nas – powiedziała cicho.

Nie odpowiedziałem. W głowie miałem tylko obraz upadających drzew i płaczącej matki.

Minęły tygodnie. Dom opustoszał jeszcze bardziej. Mama zamknęła się w sobie, Marta wyjechała do miasta. Ja zostałem sam z poczuciem winy i pustką.

Czasem wracam myślami do tamtego dnia i pytam siebie: czy naprawdę nie było innego wyjścia? Czy pieniądze są warte utraty wszystkiego, co kochaliśmy?

Może czasem trzeba pozwolić odejść przeszłości… Ale czy można nauczyć się żyć bez korzeni?