Nie wiedziałem o jej istnieniu do dziś, ale nie oddam jej do domu dziecka. Jest moją córką.
Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, kroiłam właśnie ogórka na sałatkę. Marek miał wrócić za pół godziny, więc nie spieszyłam się z kolacją. Nuciłam pod nosem starą piosenkę Anny Jantar, próbując rozgonić zmęczenie po ciężkim dniu w pracy. Ale dźwięk dzwonka był natarczywy, jakby ktoś nie mógł się doczekać. Otarłam ręce o fartuch i podeszłam do drzwi.
Za drzwiami stała kobieta, której nie znałam. Miała zmęczoną twarz, podkrążone oczy i trzymała za rękę dziewczynkę, może ośmioletnią. Dziewczynka patrzyła na mnie z niepokojem, a kobieta odchrząknęła.
– Dzień dobry, pani Krysia? – zapytała cicho.
– Tak, słucham?
– Ja… Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. Nazywam się Ewa. To jest Zosia. – Spojrzała na dziewczynkę, która ścisnęła jej dłoń jeszcze mocniej. – Muszę z panią porozmawiać. To ważne.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wpuściłam je do środka, bo przecież nie wyrzuca się ludzi na klatkę schodową. Posadziłam je w kuchni, nalałam herbaty. Ewa patrzyła na mnie z napięciem, jakby ważyła każde słowo.
– Pani mąż… Marek… – zaczęła, a ja poczułam, jak serce zaczyna mi walić. – On jest ojcem Zosi.
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam oddychać.
– Co pani mówi? – wyszeptałam.
– To nie jest żaden szantaż. Ja… jestem chora. Mam raka. Nie zostało mi dużo czasu. Zosia nie ma nikogo. Marek jest jej jedyną rodziną.
Dziewczynka spuściła głowę. Poczułam, jak świat zaczyna mi wirować.
– Marek nic nie wie. Nie chciałam mu przeszkadzać w życiu. Ale teraz… nie mam wyboru.
Nie pamiętam, jak długo siedziałyśmy w milczeniu. Gdy Marek wrócił, zastał mnie bledszą niż ściana, Ewę z zapuchniętymi oczami i Zosię, która nie odrywała wzroku od podłogi.
– Co się dzieje? – zapytał, patrząc na mnie z niepokojem.
– Marek… musisz usiąść – powiedziałam, a głos mi się załamał.
Ewa powtórzyła mu wszystko. Marek słuchał w milczeniu, a potem spojrzał na Zosię. W jego oczach zobaczyłam szok, niedowierzanie, a potem… coś jeszcze. Może poczucie winy? Może strach?
– Nie wiedziałem… – wyszeptał. – Przysięgam, Krysia, nie wiedziałem.
Ewa zostawiła nam Zosię na kilka dni, żebyśmy mogli się poznać. Sama pojechała do szpitala. Przez pierwsze dni w domu panowała cisza. Zosia była cicha, zamknięta w sobie, nieufna. Marek próbował z nią rozmawiać, ale ona odpowiadała półsłówkami. Ja… nie wiedziałam, co robić. Czułam się zdradzona, chociaż rozumiałam, że to było dawno, zanim się poznaliśmy. Ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że ktoś wyrwał mi grunt spod nóg.
Wieczorami płakałam w łazience, żeby Marek nie widział. On też nie spał. Siedział w kuchni, patrzył w okno i pił herbatę za herbatą.
– Krysia, przepraszam – powiedział pewnej nocy, gdy weszłam po szklankę wody. – Gdybym wiedział…
– Wiem, Marek. Ale co teraz?
– Nie oddam jej do domu dziecka. Jest moją córką.
Te słowa uderzyły mnie jak obuchem. Z jednej strony podziwiałam go za odpowiedzialność, z drugiej… bałam się, że już nigdy nie będziemy tacy jak dawniej.
Zosia zaczęła chodzić do szkoły. Odprowadzałam ją rano, choć nie chciała trzymać mnie za rękę. Inne dzieci patrzyły na nią dziwnie, bo była nowa. Nauczycielka, pani Malinowska, zaprosiła mnie na rozmowę.
– Zosia jest bardzo zamknięta. Widać, że przeżywa trudny czas. Proszę się nie martwić, damy jej wsparcie.
Starałam się być dla niej dobra. Gotowałam jej ulubione naleśniki, kupiłam nowy plecak z Elsą, ale ona wciąż była nieufna. Czasem słyszałam, jak płacze w nocy.
Pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy, zastałam ją siedzącą na podłodze w swoim pokoju. Trzymała w ręku zdjęcie Ewy.
– Tęsknisz za mamą? – zapytałam cicho.
Zosia skinęła głową.
– Boję się, że już jej nie zobaczę.
Usiadłam obok niej.
– Wiem, że jest ci ciężko. Ale możesz na mnie liczyć.
Spojrzała na mnie nieufnie, ale w jej oczach zobaczyłam cień nadziei.
Tymczasem Ewa z każdym dniem słabła. Marek jeździł do niej do szpitala, czasem zabierał Zosię. Ja zostawałam w domu, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Moja mama, gdy jej opowiedziałam, tylko pokręciła głową.
– Po co ci to? To nie twoje dziecko.
– Ale Marek jest moim mężem. A ona… ona nie ma nikogo.
– Zastanów się, Krysiu. To nie jest twoja odpowiedzialność.
Ale ja już wiedziałam, że nie potrafię zostawić Zosi samej.
W pracy zaczęli szeptać za moimi plecami. Koleżanka z biura, Anka, zapytała wprost:
– Ty naprawdę chcesz wychowywać cudze dziecko?
– To nie jest cudze dziecko. To córka mojego męża.
– Ale nie twoja.
Zaczęłam unikać rozmów w kuchni, przestałam odbierać telefony od niektórych znajomych. Czułam się coraz bardziej samotna.
Pewnej nocy Zosia przyszła do naszej sypialni. Stała w drzwiach, skulona, z mokrymi policzkami.
– Mogę się położyć z wami?
Marek odsunął kołdrę, a ja przytuliłam ją do siebie. Poczułam, jak jej drobne ciało drży.
– Nie zostawicie mnie? – wyszeptała.
– Nigdy – odpowiedziałam, choć w środku wciąż miałam mnóstwo wątpliwości.
Gdy Ewa zmarła, Zosia płakała przez całą noc. Marek był przy niej, ja robiłam herbatę, próbowałam ją pocieszyć, ale wiedziałam, że to ból, którego nie da się ukoić słowami.
Po pogrzebie Zosia została z nami na stałe. Powoli zaczęła się otwierać. Pewnego dnia przyniosła mi laurkę z napisem: „Dla Krysi, mojej drugiej mamy”. Rozpłakałam się wtedy jak dziecko.
Ale nie wszystko było proste. Marek coraz częściej zostawał dłużej w pracy. Czułam, że oddala się ode mnie. Kłóciliśmy się o drobiazgi, o to, kto ma odebrać Zosię ze szkoły, kto ma zrobić zakupy.
– Ty zawsze wszystko robisz lepiej! – krzyknął kiedyś Marek.
– Bo ty uciekasz! Bo nie potrafisz się przyznać, że cię to przerasta!
Zosia słyszała nasze kłótnie. Pewnego dnia przyszła do mnie i powiedziała:
– To przeze mnie się kłócicie? Może lepiej, żebym poszła do domu dziecka…
Przytuliłam ją mocno.
– Nigdy więcej tak nie mów. Jesteś częścią naszej rodziny.
Z czasem nauczyliśmy się żyć razem. Zosia zaczęła przynosić dobre oceny, znalazła przyjaciółkę, Martynę, z którą spędzała popołudnia. Marek i ja poszliśmy na terapię dla par. Zrozumieliśmy, że musimy być razem, jeśli chcemy być rodziną.
Dziś, gdy patrzę na Zosię, widzę w niej nie tylko córkę Marka, ale i moją córkę. Kocham ją, choć nie urodziłam jej sama. Czasem myślę, jak potoczyłoby się nasze życie, gdyby Ewa nie zapukała wtedy do naszych drzwi. Czy byłabym szczęśliwsza? Czy Marek byłby inny?
Ale wiem jedno: rodzina to nie tylko więzy krwi. To wybór, który podejmujemy każdego dnia.
Czy wy też musieliście kiedyś podjąć decyzję, która zmieniła wasze życie na zawsze? Czy można pokochać dziecko, które nie jest nasze?