„Nie liczy się papier, tylko serce” – Moja walka o własną tożsamość przed polskim sądem
– Proszę podać swoje imię i nazwisko oraz wyjaśnić, dlaczego uważa pani, że jest kompetentna do opieki nad dzieckiem – głos sędzi rozbrzmiał w sali sądowej jak wyrok. Stałam tam, w tej dusznej sali, z dłońmi zaciśniętymi na zimnym blacie. Wszyscy patrzyli na mnie: adwokatka mojej siostry, kurator, nawet moja własna matka zastępcza, która przyszła tylko po to, żeby zobaczyć, jak upadam.
– Nazywam się Magdalena Nowak – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – I jestem siostrą Julki. Wiem, że nie mam dyplomu psychologa ani pedagogiki, ale…
– Ale co? – przerwała mi sędzia. – Pani nie ma nawet matury. Skąd ta pewność siebie?
Poczułam, jak krew napływa mi do twarzy. Wszyscy czekali na moją odpowiedź. Przez chwilę miałam ochotę uciec, zamknąć się w łazience i płakać jak wtedy, gdy miałam osiem lat i pierwszy raz trafiłam do domu dziecka w Łodzi. Ale nie mogłam. Julka patrzyła na mnie z końca sali – jej oczy były pełne strachu i nadziei.
– Bo wiem, co to znaczy być zostawioną – powiedziałam w końcu. – Wiem, jak to jest budzić się w nocy i słyszeć obce głosy za ścianą. Wiem, jak to jest być numerem w systemie.
Sędzia spojrzała na mnie z lekkim zniecierpliwieniem. – To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
Zacisnęłam pięści. – Proszę pozwolić mi dokończyć.
Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam opowiadać. O tym, jak miałam siedem lat i pierwszy raz usłyszałam, że mama już po mnie nie wróci. O tym, jak nauczyłam się niemieckiego od pani Marty, wychowawczyni, która była dla mnie przez chwilę jak matka. O tym, jak potem sama uczyłam młodsze dzieci angielskiego z podręczników znalezionych w bibliotece. O tym, jak tłumaczyłam listy od rodzin adopcyjnych dla innych dzieciaków.
– Potrafię mówić po polsku, niemiecku i angielsku – powiedziałam. – Ale żaden papier tego nie potwierdza. Bo nikt nigdy nie pytał mnie o dyplomy. W domu dziecka liczyło się tylko to, czy potrafisz pomóc innym przetrwać kolejny dzień.
Sędzia spojrzała na mnie uważniej. Kurator przewrócił oczami. Moja matka zastępcza szepnęła coś do adwokatki Julki: „Ona zawsze była dziwna”.
Przypomniałam sobie tamten dzień sprzed lat, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Julkę – miała wtedy trzy lata i tuliła do siebie brudnego misia. Była przerażona i milcząca. Przez miesiące uczyłam ją mówić „kocham cię” po polsku i „thank you” po angielsku. Była moją rodziną wtedy, gdy nie miałam nikogo.
– Proszę pani – odezwałam się do sędzi – wiem, że dla sądu liczą się papiery. Ale dla dzieci takich jak my liczy się serce. To ono buduje mosty między ludźmi.
Zapadła cisza. Sędzia spojrzała na dokumenty przede mną: brak matury, brak stałego zatrudnienia, adres zameldowania w hostelu dla młodych dorosłych opuszczających domy dziecka.
– A co z pani przyszłością? – zapytała nagle sędzia. – Jak zamierza pani utrzymać siebie i siostrę?
Poczułam ukłucie wstydu. Pracowałam na umowę-zlecenie w kawiarni na Piotrkowskiej. Wynajmowałam pokój z dwiema innymi dziewczynami po przejściach podobnych do moich.
– Pracuję – odpowiedziałam cicho. – I zrobię wszystko, żeby Julka miała lepiej niż ja.
Matka zastępcza prychnęła pod nosem: – Ona nawet nie umie gotować obiadu!
– To nieprawda! – wybuchłam nagle. – Gotowałam dla całej grupy przez dwa lata! Nikt nie pytał mnie wtedy o dyplom kucharza!
Sędzia uniosła brwi. – Proszę się uspokoić.
Zacisnęłam usta i spojrzałam na Julkę. Jej oczy były pełne łez.
Po rozprawie usiadłyśmy razem na ławce przed sądem.
– Madziu… oni ci nie wierzą – szepnęła Julka.
Objęłam ją mocno.
– Wiem, kochanie. Ale ja wierzę w nas.
Przez kolejne tygodnie walczyłam z systemem: zbierałam zaświadczenia od pracodawcy, prosiłam wychowawców o referencje, tłumaczyłam każdemu urzędnikowi swoją historię od nowa. Każdy patrzył na mnie przez pryzmat papierów: brak matury, brak rodziny biologicznej, brak stabilizacji.
Pewnego dnia dostałam telefon od kuratora:
– Pani Magdo, sąd chce jeszcze raz panią przesłuchać.
Znowu ta sama sala sądowa, znowu te same pytania.
– Dlaczego uważa pani, że jest lepsza od rodziny zastępczej?
Spojrzałam sędzi prosto w oczy:
– Bo ja wiem, co to znaczy być niewidzialnym dla świata. I nigdy nie pozwolę Julce poczuć się tak samo.
Po rozprawie podeszła do mnie matka zastępcza:
– Myślisz, że wygrasz? System cię zmiażdży.
Nie odpowiedziałam jej nic. Tylko przytuliłam Julkę mocniej.
Dni mijały powoli. Czekałyśmy na decyzję sądu jak na wyrok śmierci lub cudowne wybawienie.
W końcu przyszło pismo: „Sąd postanawia powierzyć opiekę nad Julią Nowak jej siostrze Magdalenie Nowak”.
Płakałyśmy obie przez całą noc.
Dziś Julka chodzi do szkoły muzycznej i śpiewa po angielsku piosenki, których nauczyłam ją jeszcze w domu dziecka. Ja pracuję dalej w kawiarni i uczę się do matury wieczorowej.
Czasem ktoś pyta mnie: „A masz papiery na to wszystko?”
Uśmiecham się wtedy smutno:
– Nie liczy się papier, tylko serce.
Czy naprawdę musimy udowadniać swoją wartość dokumentami? Czy ktoś z was też czuł się kiedyś oceniany tylko przez pryzmat papierów?