Nie jestem waszą służącą: Historia Marty z Wrocławia, która odważyła się powiedzieć „dość”

– Marta, gdzie są moje skarpetki? – głos Pawła, mojego męża, rozległ się z sypialni, przerywając ciszę sobotniego poranka. Ledwo zdążyłam wstawić wodę na kawę, już czułam, jak narasta we mnie znajome napięcie. Zanim odpowiedziałam, z kuchni dobiegł mnie kolejny głos – tym razem teściowa, pani Halina, która od kilku miesięcy mieszkała z nami po udarze. – Marta, czy możesz mi podać tabletki? I jeszcze herbatę, ale nie za gorącą, pamiętaj! – dodała z wyrzutem, jakby poprzedniego dnia specjalnie ją poparzyłam.

Wzięłam głęboki oddech, próbując nie wybuchnąć. Przez lata nauczyłam się tłumić w sobie złość, bo przecież „dobra żona i synowa nie robi scen”. Ale tego dnia coś we mnie pękło. Może to przez nieprzespaną noc, może przez to, że znów nie miałam czasu nawet na szybki prysznic, bo najpierw trzeba było zrobić śniadanie, potem podać leki, potem posprzątać po wszystkich. Może przez to, że od miesięcy nie usłyszałam zwykłego „dziękuję”.

Weszłam do sypialni z parą skarpetek w ręku. Paweł nawet nie spojrzał na mnie, tylko wpatrywał się w ekran telefonu. – Położyłam ci je na komodzie – powiedziałam cicho. – Aha – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu. W tym momencie poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Szybko wyszłam, żeby nikt nie zauważył.

W kuchni już czekała na mnie teściowa. – No wreszcie! – rzuciła z pretensją. – Wiesz, że nie powinnam tyle czekać na leki. I herbata za mocna, następnym razem zrób słabszą. – Przepraszam – odpowiedziałam automatycznie, choć w środku miałam ochotę krzyczeć. Zamiast tego, uśmiechnęłam się blado i wróciłam do kuchni, żeby posprzątać po śniadaniu.

Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To była moja szwagierka, Ania, z dwójką dzieci. – Cześć, Marta! – powiedziała wesoło, wchodząc do środka. – Mama mówiła, że upiekłaś szarlotkę. Dzieciaki już się nie mogą doczekać! – Uśmiechnęła się szeroko, jakby to było oczywiste, że zawsze mam coś słodkiego na stole. – Oczywiście, zaraz podam – odpowiedziałam, choć w środku czułam, jak narasta we mnie bunt.

Przez kolejne dwie godziny biegałam między kuchnią a salonem, podając ciasto, dolewając herbaty, sprzątając rozlane soki i zbierając zabawki. Paweł siedział z szwagierką i rozmawiali o pracy, jakby mnie w ogóle nie było. Dzieci biegały po całym mieszkaniu, a teściowa co chwilę wołała mnie do swojego pokoju. W pewnym momencie, kiedy po raz kolejny usłyszałam „Marta, przynieś…”, poczułam, że nie dam już rady.

Wyszłam na balkon, żeby zaczerpnąć powietrza. Drżały mi ręce. Spojrzałam na Wrocław rozciągający się pod moimi stopami – miasto, które kiedyś kochałam, a teraz wydawało mi się obce. Zawsze marzyłam, że tu będę szczęśliwa, że znajdę swoje miejsce. Tymczasem czułam się jak cień, jak duch we własnym domu.

Wróciłam do środka i zobaczyłam, jak Ania rozkłada się na kanapie. – Marta, a mogłabyś jeszcze zrobić kakao dla dzieci? – zapytała z uśmiechem. – I może coś do jedzenia, bo chyba są głodne. – Wtedy coś we mnie pękło. – A może sama zrobisz? – powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. W salonie zapadła cisza. Paweł spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Co się z tobą dzieje, Marta? – zapytał. – Przecież zawsze robisz kakao dzieciom Ani. – A może nie chcę już być waszą służącą? – odpowiedziałam, czując, jak głos mi drży.

Teściowa spojrzała na mnie z oburzeniem. – Jak możesz tak mówić? Przecież to twoja rodzina! – Moja rodzina? – powtórzyłam. – A czy ktoś z was zapytał mnie, jak się czuję? Czy ktoś zauważył, że od miesięcy nie miałam ani jednego dnia dla siebie? Że nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na spacerze sama, nie mówiąc już o spotkaniu z przyjaciółką? – Zamilkłam, bo głos mi się załamał.

Paweł wstał z kanapy. – Przesadzasz, Marta. Przecież wszyscy mamy swoje obowiązki. – Tak? – zapytałam. – A kto w tym domu gotuje, sprząta, robi zakupy, opiekuje się twoją mamą? Kto pamięta o urodzinach, wizytach u lekarza, lekach, rachunkach? – Przez chwilę nikt się nie odezwał. – Może powinniśmy zatrudnić kogoś do pomocy – rzuciła Ania, ale jej ton był ironiczny. – Może powinniście zacząć traktować mnie jak człowieka, a nie jak darmową pomoc – odpowiedziałam, czując, jak łzy płyną mi po policzkach.

Wyszłam z salonu i zamknęłam się w łazience. Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Po raz pierwszy od lat pozwoliłam sobie na słabość. Przypomniałam sobie, jak kiedyś marzyłam o własnej pracowni ceramicznej, o tym, żeby tworzyć coś swojego. Zawsze odkładałam te marzenia „na później”, bo przecież rodzina, dzieci, obowiązki… Ale ile jeszcze można czekać?

Po kilkunastu minutach usłyszałam ciche pukanie do drzwi. To była Zosia, moja córka. – Mamo, wszystko w porządku? – zapytała nieśmiało. – Tak, kochanie – odpowiedziałam, choć sama nie wierzyłam w te słowa. – Mamo, nie płacz. Jesteś najlepsza na świecie – powiedziała i przytuliła mnie mocno. Wtedy zrozumiałam, że nie chcę, żeby moja córka dorastała w przekonaniu, że kobieta musi zawsze poświęcać się dla innych, zapominając o sobie.

Wieczorem, kiedy wszyscy już poszli, usiadłam z Pawłem w kuchni. – Musimy porozmawiać – zaczęłam. – Nie chcę już tak żyć. Potrzebuję czasu dla siebie. Chcę wrócić do pracy, chcę mieć swoje życie. – Paweł patrzył na mnie zaskoczony. – Ale przecież… – zaczął, ale przerwałam mu. – Nie, Paweł. Albo coś się zmieni, albo nie dam rady dalej tak funkcjonować. – Przez chwilę milczał, potem spuścił głowę. – Nie wiedziałem, że aż tak ci ciężko – powiedział cicho. – Bo nigdy nie pytałeś – odpowiedziałam.

Nie wiem, co będzie dalej. Może Paweł zrozumie, może nie. Może teściowa i Ania zaczną mnie szanować, a może nie. Ale wiem jedno – nie chcę już być niewidzialna. Nie chcę być służącą we własnym domu. Chcę być sobą.

Czasem zastanawiam się, ile jeszcze kobiet w Polsce żyje tak jak ja – w cieniu, poświęcając się dla innych, zapominając o sobie. Czy naprawdę musimy czekać, aż coś w nas pęknie, żeby zacząć walczyć o siebie? Czy nie zasługujemy na to, żeby być szczęśliwe, docenione, widziane? Może najwyższy czas powiedzieć „dość” i zacząć żyć naprawdę.