„Nie chciałam być bohaterką. Historia Marty, sprzątaczki, która odkryła mroczną tajemnicę polskiej korporacji”

— Marta, zostaw to! — usłyszałam za plecami ostry szept. — Nie dotykaj go!

Ale ja już klęczałam przy ciele prezesa, który leżał bezwładnie na zimnej podłodze sali konferencyjnej. Jego usta robiły się sine, a oczy — szeroko otwarte, puste. Siedmiu mężczyzn w garniturach stało jak sparaliżowani. Tylko ja, Marta Zielińska, sprzątaczka z Pragi-Północ, miałam odwagę działać.

— Proszę pana! Słyszy mnie pan?! — krzyczałam, próbując znaleźć puls na jego szyi. Nic. Przez głowę przelatywały mi fragmenty kursu pierwszej pomocy, na który poszłam tylko dlatego, że rozdawali darmowe bułki. „Kiedy wszyscy panikują, ktoś musi działać”, przypomniał mi się głos instruktora.

Odchyliłam mu głowę, zatkałam nos i wdmuchnęłam powietrze do jego ust. Raz. Drugi. Potem uciski klatki piersiowej — liczyłam głośno, ręce mi drżały, pot lał się po plecach. W tle słyszałam głosy:

— Co ona wyprawia?!
— Odciągnijcie ją od prezesa!

Ale nie przestawałam. Trzydzieści uciśnięć. Dwa wdechy. Trzydzieści uciśnięć.

— Proszę… proszę, niech to zadziała… — szeptałam przez łzy.

I wtedy usłyszałam cichy jęk. Prezes Andrzej Nowak nagle zaczerpnął powietrza. Sala zamarła na sekundę, po czym wybuchła chaosem.

— Żyje! — ktoś wrzasnął.
— Dzwońcie po karetkę! — inny rozkazał.

Odsunęłam się na bok, trzęsąc się cała. Wszyscy patrzyli na mnie jak na trędowatą. Już słyszałam szepty:

— Kto ona w ogóle jest?
— Sprzątaczka całuje prezesa? Co za desperacja.
— Może to jej sposób na awans?

Łzy paliły mnie pod powiekami, ale nie odezwałam się słowem. Wróciłam do swojego wózka z mopem, ubranie miałam mokre od potu i upokorzenia. Karetka zabrała prezesa, sala opustoszała.

Zanim wyszłam, szef ochrony podszedł do mnie i powiedział lodowatym tonem:

— Niech pani jutro nie przychodzi. Kadry się z panią skontaktują.

Tego wieczoru siedziałam na swoim rozkładanym łóżku w kawalerce na Bródnie i gapiłam się w telefon. Mama zadzwoniła zapytać, jak minął dzień.

— Wszystko dobrze, mamo — skłamałam.

Ale wiedziałam, że to koniec. Uratowałam życie człowiekowi… i straciłam pracę.

Nie spałam całą noc. Wciąż widziałam jego twarz — bez życia, potem z nagłym oddechem. Zrobiłam to, czego nikt inny nie odważył się zrobić. Ale w świecie takim jak mój to nie była odwaga — tylko bezczelność.

Rano poszłam do biurowca po ostatnią wypłatę. Ochroniarze nie chcieli mnie wpuścić.

— Takie mamy polecenie z góry — powiedzieli bez cienia współczucia.

Odwróciłam się na pięcie i wtedy podjechało czarne audi z przyciemnianymi szybami. Szyba powoli opadła… a za nią siedział prezes Nowak. Blady, wyraźnie osłabiony, ale żywy. Spojrzał na mnie z taką intensywnością, że zamarłam.

— Pani… — powiedział cicho, zachrypniętym głosem — Proszę wsiąść do samochodu.

Ochroniarze spojrzeli po sobie zdziwieni. Serce waliło mi jak młotem.

— Panie prezesie… ja… ja nie chciałam…
— Uratowała mi pani życie — przerwał mi stanowczo. — Teraz ja uratuję panią.

Wsiadłam do auta. Drzwi zamknęły się za mną jak śluza do innego świata.

W środku prezes spojrzał na mnie i szepnął:

— Od tej chwili pani życie już nigdy nie będzie takie samo.

Siedziałam sztywno obok niego, czując jakby ktoś wrzucił mnie do filmu sensacyjnego. Milczenie ciążyło między nami aż w końcu odezwał się łagodnie:

— Zwolnili panią, prawda?
— Tak… Powiedzieli, że przekroczyłam granicę.
— Jaką granicę? Ratowania życia?

Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał mi prosto w oczy. Były zmęczone i smutne.

— Nie powinna pani cierpieć za to, co zrobiła. Jestem pani wszystko winien.

Samochód zatrzymał się przed ogromną willą na obrzeżach Warszawy. Nigdy nie widziałam czegoś takiego na żywo: marmurowe schody, kryształowe żyrandole, obrazy jak z muzeum narodowego.

— Proszę wejść — powiedział stanowczo. — Od dziś będzie pani moją osobistą asystentką.

Byłam w szoku.

— Panie prezesie… dlaczego?
— Bo uratowała mi pani życie… I bo zobaczyłem coś w pani oczach: upór i odwagę, której nie mają nawet ci, którym płacę fortunę.

Po raz pierwszy spojrzałam mu prosto w oczy i zobaczyłam tam samotność większą niż moja własna.

— Jest pan dobrym człowiekiem — wyszeptałam.
— Jeśli tak jest, to dzięki pani — odpowiedział z lekkim uśmiechem.

Minęły tygodnie. Nauczył mnie pisać maile służbowe, prowadzić kalendarz spotkań, rozmawiać z ludźmi pewnie i stanowczo. Kupił mi ubrania, których nigdy bym sobie nie kupiła sama. Reszta personelu szeptała za moimi plecami: „Na pewno śpi z szefem”. Ale ja ich ignorowałam — byłam wdzięczna za drugą szansę.

Ale coś zaczęło się zmieniać w prezesie Nowaku. Bywał rozkojarzony, zamyślony godzinami patrzył przez okno. Pewnej nocy znalazłam go w gabinecie: spocony, blady, z trudem łapiący oddech.

— Panie prezesie! Co się dzieje?!

Chwycił mnie za nadgarstek tak mocno, że aż zabolało.

— Marta… oni mnie otruli… Zarząd… odkryłem ich przekręt finansowy…

Zamarłam ze strachu.

— Co pan mówi?!

Wyciągnął z kieszeni pendrive’a i wsunął mi go do dłoni.

— Wszystko jest tutaj… Nikomu nie ufaj… nawet mojej rodzinie…

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, jego oczy przewróciły się do góry i osunął się w moje ramiona. Krzyczałam o pomoc — nikt nie przyszedł. Willa nagle stała się zimna i obca.

Wtedy drzwi wejściowe skrzypnęły i pojawiła się sylwetka człowieka — to był pan Roman Heller, prawa ręka prezesa.

— Ostrzegałem cię, dziewczyno od mopów — powiedział lodowato — Trzeba było pozostać niewidzialną.

Serce podeszło mi do gardła.

— Co pan mówi?
— Naprawdę myślałaś, że sprzątaczka przypadkiem ratuje życie prezesowi i zostaje jego asystentką? Byłaś użyteczna… dopóki nie zaczęłaś zadawać pytań.

Spojrzałam na pendrive’a w mojej dłoni — jedyny dowód jego słów.

— To pan go otruł! — wysyczałam przez łzy — To pan go zabił!
— Zabiłem? O nie… To ty go zabiłaś.

Wyciągnął strzykawkę i rzucił ją obok mnie na dywan.

— Gdy przyjedzie policja znajdą twoje odciski palców na tym wszystkim. Powiedzą, że chciałaś dokończyć to co zaczęłaś podczas reanimacji.

Zamarłam ze strachu.

— Nikt w to nie uwierzy!
— Nie? Jesteś nikim. On był prezesem wielkiej firmy. Martwi nie mówią — a kamery pokażą tylko twoje usta przy jego ustach…

Zrobił krok w moją stronę — wtedy chwyciłam kryształowy świecznik i rzuciłam mu nim w twarz. Zawył z bólu; wybiegłam tylnymi drzwiami na deszczową noc, ściskając pendrive’a jak talizman.

Dobiegłam do ulicy i zatrzymałam pierwszy lepszy taksówkarz:

— Proszę… pomocy!

Spojrzał na mnie podejrzliwie, ale widząc mój strach otworzył drzwi:

— Wsiadaj!

Godzinę później byłam już na komisariacie na Ochocie. Położyłam pendrive’a na biurku dyżurnego:

— Mam dowody… Prezes Nowak został zamordowany!

Policjanci patrzyli sceptycznie… dopóki nie odtworzyli plików: nagrania rozmów zarządu o defraudacji pieniędzy firmy; notatka głosowa prezesa: „Jeśli to słyszysz – Roman Heller mnie otruł”.

Dowody były niepodważalne. Następnego dnia cała Polska huczała:
„Sprzątaczka ujawnia spisek i morderstwo prezesa!”
Heller został zatrzymany na lotnisku podczas próby ucieczki za granicę.

Nagle wszyscy znali moje imię: Marta Zielińska. Dziennikarze koczowali pod moim blokiem; proponowano mi kontrakty filmowe i pracę w telewizji. Ale żadne pieniądze ani sława nie mogły zagoić pustki po kimś takim jak Andrzej Nowak.

Kilka tygodni później stałam nad jego grobem z białą różą w dłoni:

— Zmienił pan moje życie… Mam nadzieję, że tam gdzie pan jest wie pan, że próbowałam ocalić pańskie imię i prawdę…

Położyłam różę na marmurowej płycie i już miałam odejść… kiedy poczułam lekki powiew wiatru pachnący jego wodą kolońską i usłyszałam cichy głos w głowie:
„Zrobiłaś więcej niż uratowałaś mi życie… nadałaś mu sens.”

Uśmiechnęłam się przez łzy i odeszłam powoli przez cmentarz pod zachodzącym słońcem.
Bo czy naprawdę trzeba być kimś ważnym, żeby zmienić czyjeś życie? Czy wystarczy po prostu być człowiekiem?
Co wy byście zrobili na moim miejscu?