„Kto przeczyta ten testament, odziedziczy wszystko” – Historia Marii, która odmieniła losy polskiej wsi
– Przeczytaj to, jeśli potrafisz! – wrzasnął dziedzic Stanisław Wysocki, wymachując pożółkłym papierem nad głową tłumu zgromadzonego na podwórzu dworu. – Kto przeczyta ten testament, odziedziczy wszystko! – dodał z szyderczym uśmiechem, a jego córka, Zofia, parsknęła śmiechem obok niego.
Wszyscy się śmiali. Parobcy, służba, nawet niektórzy sąsiedzi, którzy przyszli na doroczne święto dożynkowe. Tylko ja stałam w milczeniu. Moje dłonie były szorstkie od pracy, a na twarzy miałam ślady po łzach i kurzu. Nazywam się Maria. Byłam wtedy nikim – córką nieżyjącej już Magdaleny, kobiety, którą wszyscy pamiętali jako „tę od kuchni”. Ale ja patrzyłam dziedzicowi prosto w oczy. Nie spuszczałam wzroku.
– No dalej, Mario! – Zofia podeszła bliżej. – Pokaż wszystkim, że nie jesteś tylko głupią chłopką. Przeczytaj!
Czułam, jak serce wali mi w piersi. Wokół mnie szumiały głosy: „Niech spróbuje!”, „To tylko żart!”, „Dziedzic znowu się bawi!”. Ale ja wiedziałam, że to nie był żart. Wiedziałam, co jest w tym testamencie. Wiedziałam to od lat.
Wszystko zaczęło się wiele lat wcześniej, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Moja mama pracowała w kuchni od świtu do nocy. Ojca nigdy nie poznałam – zginął w powstaniu styczniowym. Mama zawsze powtarzała: „Maria, ucz się patrzeć i słuchać. Słowa są ważniejsze niż chleb”. Kiedy miałam siedem lat, pewnej nocy przyszła do mnie z książką – starym modlitewnikiem z pożółkłymi kartkami.
– Tylko cicho – szepnęła. – Jakby dziedzicowa się dowiedziała, że uczę cię czytać, wyrzucą nas na bruk.
Uczyła mnie liter po kryjomu, przy świecy, kiedy wszyscy już spali. Każda litera była jak zaklęcie. „A jak Anioł”, „B jak Bóg” – szeptała mama. Gdy umarła na zapalenie płuc, miałam dwanaście lat i znałam już wszystkie litery. Ale nie miałam odwagi czytać przy innych.
Po śmierci mamy Zofia przejęła władzę nad służbą. Była wtedy jeszcze nastolatką, ale już wtedy potrafiła upokarzać ludzi spojrzeniem. Pewnego dnia przyłapała mnie na czytaniu starego listu.
– Co ty tam robisz? – zapytała lodowatym tonem.
– Nic… tylko sprzątam – skłamałam.
– Lepiej żebyś nie próbowała być kimś więcej niż jesteś – syknęła i wyrwała mi papier z rąk.
Od tamtej pory pilnowałam się jeszcze bardziej. Ale nie przestałam czytać. Książki znajdowałam w śmietniku za dworem albo pożyczałam od starego organisty, pana Antoniego. To on pierwszy powiedział mi o testamencie.
– Twoja matka była kimś więcej niż myślisz – powiedział pewnego wieczoru, gdy przyniosłam mu chleb z kuchni. – Dziedzic Jan Wysocki… on ją kochał. I zostawił coś dla was obu.
Nie wierzyłam mu wtedy. Ale kiedy kilka lat później Stanisław Wysocki wrócił z miasta i zaczął rządzić twardą ręką, coraz częściej słyszałam szepty o ukrytym testamencie.
Pewnej nocy podsłuchałam rozmowę dziedzica ze starym notariuszem.
– Ten papier musi zniknąć! – syczał Stanisław. – Nie pozwolę, żeby jakaś chłopka rościła sobie prawa do mojej ziemi!
Notariusz milczał długo.
– Ale to testament pańskiego ojca… podpisany przy świadkach…
Dziedzic uderzył pięścią w stół.
– Zapomnij o tym! Ja tu rządzę!
Od tamtej pory wiedziałam jedno: jeśli kiedykolwiek ten testament ujrzy światło dzienne, muszę być gotowa go przeczytać.
Wróćmy do dnia dożynek. Dziedzic trzymał papier wysoko nad głową.
– No dalej! Kto przeczyta?
Nikt się nie zgłaszał. Parobcy patrzyli w ziemię. Służba udawała, że nie słyszy. Zofia patrzyła na mnie z pogardą.
Wtedy zrobiłam krok do przodu.
– Ja przeczytam – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Śmiech ucichł jak ucięty nożem.
– Ty? – Dziedzic aż się zakrztusił ze śmiechu. – Proszę bardzo!
Podał mi papier z drwiącym uśmiechem.
Ręce mi drżały, ale litery były wyraźne:
„Ja, Jan Wysocki, właściciel majątku w Brzezinach… przekazuję połowę ziemi mojej córce Marii… urodzonej z Magdaleny…”
Zrobiło się cicho jak nigdy dotąd. Słychać było tylko szum drzew i bicie mojego serca.
Zofia pobladła.
– To kłamstwo! To fałszerstwo! – krzyczała.
Ale notariusz podszedł i spojrzał na dokument.
– To oryginał – powiedział powoli. – Podpisy się zgadzają.
Dziedzic osunął się na ławkę jakby nagle opadły z niego wszystkie siły.
W tłumie ktoś zaczął szeptać: „To dziecko Magdaleny… to jej córka…”
Zofia rzuciła się na mnie z pazurami:
– Nigdy nie będziesz panią tego domu! Nigdy!
Ale nikt jej nie słuchał. Parobcy zaczęli zdejmować czapki. Służba patrzyła na mnie z niedowierzaniem i… nadzieją?
Nie wiedziałam co robić. Stałam tam z testamentem w ręku i czułam ciężar wszystkich spojrzeń świata.
Przez kolejne dni dwór był jakby zawieszony między starym a nowym porządkiem. Dziedzic zamknął się w swoim gabinecie i pił przez trzy dni bez przerwy. Zofia próbowała przekupić notariusza i groziła służbie zwolnieniem, jeśli będą mnie słuchać.
Ale coś się zmieniło. Kobiety zaczęły przychodzić do mnie wieczorami do kuchni. Przynosiły chleb, mleko, opowiadały swoje historie o upokorzeniach i strachu.
– Może teraz będzie inaczej? – pytała cicho stara Jadwiga.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bałam się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Pewnej nocy Zofia przyszła do mojego pokoju z nożem w ręku.
– Oddaj mi ten testament albo pożałujesz! – syczała przez zaciśnięte zęby.
Nie oddałam go. Schowałam dokument u pana Antoniego w kościele pod posadzką organów.
Następnego dnia Zofia wyjechała do Warszawy „załatwiać sprawy”. Dziedzic wyszedł z gabinetu blady i zmęczony jak nigdy dotąd.
– Chciałem cię upokorzyć – powiedział cicho, gdy spotkaliśmy się na ganku dworu. – Ale to ja zostałem upokorzony przez własną pychę.
Nie odpowiedziałam nic. Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu.
Z czasem ludzie zaczęli przychodzić do mnie po radę: jak podzielić ziemię, jak napisać list do urzędu, jak nauczyć dzieci czytać i pisać.
Założyłam szkółkę dla dzieci służby i parobków w starej stajni. Uczyliśmy się razem: ja ich liter, oni mnie odwagi do bycia kimś więcej niż tylko córką kucharki.
Po roku Zofia wróciła z Warszawy z nowym adwokatem i próbowała odebrać mi wszystko przez sąd. Ale testament był ważny. Sąd uznał moje prawa do połowy majątku.
Dziedzic umarł niedługo potem na serce. Zofia wyjechała na zawsze za granicę.
Dwór już nigdy nie był taki sam jak dawniej. Zamiast rozkazów i krzyków słychać było śmiech dzieci i śpiew kobiet przy pracy.
Czasem siadam wieczorem pod starym dębem i myślę o mamie: czy byłaby dumna? Czy wybaczyłaby mi strachy i łzy?
Patrzę na dzieci biegające po podwórzu i wiem jedno: jedna odważna decyzja może zmienić los całej społeczności. Ale czy naprawdę wystarczy przeczytać jeden testament, by naprawić tyle lat krzywd? Co wy byście zrobili na moim miejscu?