Kiedy prawda boli: Historia Magdy i sprawiedliwości w Warszawie

— Proszę pani, dokumenty do kontroli — usłyszałam nagle za plecami, gdy szłam szybko przez Plac Zbawiciela, próbując zdążyć na ostatni tramwaj. Było już po dwudziestej drugiej, a Warszawa, choć tętniła życiem, wydawała się wtedy dziwnie obca i nieprzyjazna. Odwróciłam się powoli, czując jak serce zaczyna mi bić szybciej. Dwóch policjantów, młodszy i starszy, patrzyło na mnie z wyraźną nieufnością.

— Przepraszam, czy coś się stało? — zapytałam, starając się zachować spokój, choć w środku już czułam narastający niepokój.

— Rutynowa kontrola. Proszę nie zadawać zbędnych pytań — odpowiedział starszy z nich, wyciągając rękę po mój dowód. Drżącymi palcami podałam dokument, próbując nie okazać strachu. W głowie kłębiły mi się myśli: czy wyglądam podejrzanie? Czy zrobiłam coś nie tak? Przecież wracam tylko z pracy, z kawiarni na Nowym Świecie.

Starszy policjant spojrzał na mnie uważnie, jakby próbował znaleźć coś, czego nie widziałam nawet ja sama. — A gdzie pani mieszka? — zapytał nagle, tonem, który nie znosił sprzeciwu.

— Na Ochocie, niedaleko Placu Narutowicza — odpowiedziałam, czując, jak głos mi się łamie.

— Co pani tu robi o tej porze? — dopytywał młodszy, zerkając na mnie spod czapki.

— Pracuję do późna, wracam do domu — wyjaśniłam, próbując nie patrzeć im w oczy.

— Może pani otworzyć torebkę? — zapytał nagle starszy, nie czekając na moją zgodę. Zanim zdążyłam zaprotestować, już zaglądał do środka, przeszukując moje rzeczy. Czułam się upokorzona, jakby cała moja prywatność została nagle wystawiona na widok publiczny. Ludzie przechodzili obok, niektórzy rzucali ciekawskie spojrzenia, inni odwracali wzrok, jakby bali się, że to ich spotka coś podobnego.

— Nic tu nie ma — mruknął w końcu, oddając mi torebkę. — Proszę się nie szwendać po nocy, bo różnie bywa — dodał, a w jego głosie wyczułam coś na granicy pogardy i ostrzeżenia.

Odeszli, zostawiając mnie na środku placu z poczuciem bezsilności i wstydu. Stałam tam jeszcze chwilę, próbując zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Przecież nic nie zrobiłam. Przecież mam prawo wracać do domu, kiedy chcę. Ale tamtej nocy po raz pierwszy poczułam, jak bardzo te prawa są kruche, jak łatwo można je złamać jednym gestem, jednym spojrzeniem.

Wróciłam do domu później niż zwykle. Mama już czekała, zmartwiona, bo nie odbierałam telefonu. — Magda, co się stało? — zapytała, widząc moją bladą twarz.

— Nic… po prostu miałam kontrolę policyjną — odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć, ale głos mi się załamał. Mama przytuliła mnie mocno, a ja poczułam, jak łzy same napływają mi do oczu. — To nie powinno się zdarzyć — powiedziała cicho. — Musisz o tym komuś powiedzieć.

Ale komu? Komu miałam zaufać? Przecież policja powinna chronić, a nie upokarzać. Przez kilka dni nie mogłam spać, wciąż wracałam myślami do tamtej nocy. W pracy byłam rozkojarzona, koleżanki pytały, czy wszystko w porządku. — Po prostu jestem zmęczona — odpowiadałam, nie chcąc wdawać się w szczegóły.

W końcu postanowiłam napisać skargę. Przeczytałam w internecie, jakie mam prawa, jak powinna wyglądać kontrola. Okazało się, że policjanci nie mieli prawa przeszukiwać mojej torebki bez powodu. Z każdą kolejną linijką czułam coraz większy gniew, ale też strach. Co jeśli ktoś się dowie? Co jeśli będą chcieli się zemścić?

Rozmawiałam o tym z tatą. — Magda, wiem, że to trudne, ale jeśli będziesz milczeć, nic się nie zmieni — powiedział. — W tym kraju trzeba walczyć o swoje.

Złożyłam skargę. Przez kilka tygodni czekałam na odpowiedź, żyjąc w ciągłym napięciu. Każdy dźwięk na klatce schodowej, każdy dzwonek do drzwi sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła. W końcu przyszło pismo: „Po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego nie stwierdzono nieprawidłowości w działaniu funkcjonariuszy.”

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Wszystko na nic. Moje słowa, moje emocje, mój strach — to wszystko zostało zignorowane. Przez kilka dni nie wychodziłam z domu, nie miałam siły spotykać się z ludźmi. Mama próbowała mnie pocieszyć, tata był wściekły. — Tak to właśnie wygląda w Polsce — powiedział gorzko. — Ale nie możesz się poddawać.

Zaczęłam szukać wsparcia w internecie. Okazało się, że nie jestem sama. Dziesiątki, setki kobiet pisały o podobnych sytuacjach. O upokorzeniu, strachu, bezsilności. Zaczęłam pisać bloga, opisywać swoją historię. Ku mojemu zdziwieniu, odezwało się do mnie wiele osób. Jedna z nich, Ania, zaproponowała spotkanie. — Musimy się wspierać — powiedziała. — Razem mamy większą siłę.

Spotkałyśmy się w małej kawiarni na Pradze. Rozmawiałyśmy godzinami, dzieląc się swoimi doświadczeniami. Poczułam, że odzyskuję głos, że nie jestem już tylko ofiarą. Zaczęłyśmy organizować spotkania, warsztaty, pisać petycje. Powoli, krok po kroku, odzyskiwałam poczucie własnej wartości.

Ale w domu wciąż trwał konflikt. Tata uważał, że powinnam walczyć dalej, mama bała się o moje bezpieczeństwo. — Magda, nie chcę, żebyś miała kłopoty — powtarzała. — Może lepiej odpuść?

— Mamo, jeśli ja odpuszczę, to kto następny? — odpowiadałam, choć sama nie byłam pewna, czy mam dość siły.

Czasem budzę się w nocy i myślę o tamtej chwili, o spojrzeniu policjanta, o poczuciu bezsilności. Czy warto było zaczynać tę walkę? Czy coś się zmieni? Czy w Polsce kiedykolwiek będziemy mogli czuć się naprawdę bezpieczni, nawet wracając do domu po zmroku?

Może to naiwność, ale wierzę, że każda taka historia ma znaczenie. Może ktoś przeczyta mój wpis i poczuje, że nie jest sam. Może odważy się powiedzieć „dość”. A może to ja powinnam zadać sobie pytanie: czy milczenie jest naprawdę łatwiejsze niż walka o godność?