Kiedy Piotr Przytulił Martę: Dobroć Bez Granic

— Nie płacz — powiedziałem cicho, choć sam miałem ochotę się rozpłakać. Moje słowa zawisły w powietrzu, jakby bały się spaść na Martę, która siedziała skulona na ławce pod szarą ścianą szkolnego korytarza. Był to mój pierwszy dzień w liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie w Gdańsku i czułem się jak obcy na własnej planecie. Wszyscy wokół zdawali się znać od lat, śmiali się, wymieniali żarty, a ja… ja byłem tylko Piotrem z małego miasteczka pod Olsztynem, który nagle znalazł się w wielkim mieście.

Marta nie odpowiedziała od razu. Jej ramiona drżały, a spod długich, ciemnych włosów wystawały czerwone oczy. Przez chwilę myślałem, że mnie zignoruje, ale wtedy spojrzała na mnie z takim bólem, że aż cofnąłem się o krok.

— Przepraszam — wyszeptała. — Nie chciałam…

— Nic się nie stało — przerwałem jej szybko. — Po prostu… też czuję się trochę samotny.

Usiadłem obok niej, choć serce waliło mi jak młot. W głowie miałem głos mamy: „Nie wtrącaj się w cudze sprawy, Piotrek. Ludzie są różni.” Ale coś w oczach Marty sprawiło, że nie mogłem odejść.

— Nowy jesteś? — zapytała po chwili ciszy.

— Tak. Dzisiaj pierwszy raz tutaj…

— Ja też kiedyś byłam nowa — powiedziała z ledwo słyszalnym uśmiechem. — Ale to było dawno. Teraz już tylko…

Zawahała się. Widziałem, jak walczy ze sobą, żeby nie rozpłakać się ponownie.

— Co się stało? — zapytałem ostrożnie.

Marta spojrzała na mnie z niedowierzaniem, jakby nie wierzyła, że ktoś naprawdę chce słuchać.

— To głupie… Po prostu… wszyscy myślą, że jestem dziwna. Że nie pasuję. Odkąd tata wyjechał do Niemiec za pracą, wszystko się zmieniło. Mama jest ciągle zmęczona, a ja…

Znowu urwała. Widziałem, jak jej dłonie zaciskają się na pasku plecaka.

— Mnie też tata zostawił — powiedziałem cicho. — Tylko że do innej kobiety. Mama płacze po nocach, a ja udaję, że śpię.

Marta spojrzała na mnie z nowym zrozumieniem. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, które było jak cicha umowa: nie jesteśmy już sami.

Wtedy usłyszeliśmy śmiech za plecami. To była grupa chłopaków z klasy maturalnej — typowi „królowie korytarza”. Jeden z nich, Bartek, podszedł bliżej i rzucił:

— O, patrzcie! Nowy już znalazł sobie dziewczynkę do płakania!

Reszta wybuchła śmiechem. Poczułem, jak krew napływa mi do twarzy. Marta skuliła się jeszcze bardziej.

— Zostawcie ją! — wykrztusiłem nagle, sam nie wierząc w swoją odwagę.

Bartek spojrzał na mnie z pogardą.

— A ty co? Rycerzyk? Lepiej uważaj, bo jeszcze ktoś cię tu nie polubi.

Chciałem coś odpowiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle. Chłopaki odeszli, zostawiając za sobą echo śmiechu i ciężką ciszę.

— Przepraszam… — szepnąłem do Marty.

— Nie przepraszaj — odpowiedziała cicho. — Dziękuję.

Od tego dnia zaczęliśmy trzymać się razem. Każda przerwa to była nasza mała oaza spokoju pośród szkolnego chaosu. Rozmawialiśmy o wszystkim: o książkach, o muzyce (Marta kochała stare polskie ballady), o marzeniach i strachach. Czasem milczeliśmy razem i to też było dobre.

W domu nie było łatwiej. Mama coraz częściej wracała późno z pracy w sklepie spożywczym i była rozdrażniona. Czułem jej zmęczenie i frustrację, ale nie umiałem jej pomóc. Kiedy próbowałem opowiedzieć o Marcie i szkole, tylko machała ręką:

— Piotrek, skup się na nauce! Przyjaźnie przyjdą i odejdą, a oceny zostaną na świadectwie.

Ale ja wiedziałem swoje. Marta była dla mnie kimś więcej niż koleżanką ze szkoły — była moją kotwicą w tym rozszalałym morzu samotności.

Pewnego dnia Marta nie przyszła do szkoły. Nikt nie wiedział dlaczego. Pisałem do niej wiadomości, dzwoniłem — bez odpowiedzi. Z każdym dniem czułem coraz większy niepokój.

W końcu zebrałem się na odwagę i po lekcjach poszedłem pod jej blok na Zaspie. Stałem tam długo, aż zobaczyłem ją przez okno — siedziała przy stole z głową opartą na rękach. W końcu wyszła na klatkę schodową.

— Piotrek? Co ty tu robisz?

— Martwiłem się…

Marta spuściła wzrok.

— Mama straciła pracę. Nie mamy za co żyć… Ona płacze całymi dniami. Ja próbuję ją pocieszyć, ale sama już nie mam siły.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Chciałem ją przytulić, ale bałem się, że ją przestraszę.

— Chodź do mnie jutro po szkole — powiedziałem tylko. — Zrobimy razem naleśniki. Moja mama będzie w pracy do późna.

Marta uśmiechnęła się blado i przytaknęła.

Następnego dnia siedzieliśmy razem w mojej kuchni i smażyliśmy naleśniki z dżemem truskawkowym. Śmialiśmy się z naszych kulinarnych porażek i przez chwilę świat wydawał się mniej okrutny.

Z czasem nasza przyjaźń zaczęła przyciągać innych „samotników” ze szkoły: Anię z klasy równoległej, która miała problemy z wagą i była wyśmiewana przez rówieśników; Michała z Ukrainy, który ledwo mówił po polsku; nawet Bartek zaczął czasem siadać z nami na przerwach, choć nigdy nie przeprosił za swoje wcześniejsze zachowanie.

Nauczyciele zauważyli zmianę: coraz mniej było plotek i wyśmiewania na korytarzach. Ktoś powiedział nawet na radzie pedagogicznej: „Może powinniśmy uczyć dzieci empatii od pierwszej klasy?”

W domu nadal bywało ciężko. Mama coraz częściej narzekała na moje „dziwne” znajomości:

— Po co ci ta cała Marta? Lepiej byś sobie znalazł normalnych kolegów!

Ale ja wiedziałem lepiej. Wiedziałem już wtedy, że dobroć nie zna granic — ani tych wyznaczanych przez rodzinę, ani przez szkolne mury.

Dziś patrzę na tamten pierwszy dzień i zastanawiam się: co by było, gdybym wtedy przeszedł obojętnie obok płaczącej Marty? Czy jedno dobre słowo naprawdę może zmienić czyjeś życie? A może nawet cały świat? Może warto czasem zatrzymać się i po prostu być dla kogoś…