Jesteś tylko wygodny. Historia Bartka z Wrocławia o zdradzie, rodzinnych konfliktach i walce o własną godność

– Bartek, możesz zostać dłużej w pracy? – głos szefa rozbrzmiał w słuchawce, zanim jeszcze zdążyłem zamknąć drzwi biura. Był piątek, godzina dziewiętnasta, a ja miałem już w głowie plan na wieczór: pizza z Martą, moją narzeczoną, i film, który obiecałem jej obejrzeć od tygodni.

– Jasne, panie Romanie – odpowiedziałem automatycznie, choć w środku czułem, jak coś we mnie pęka. Znowu byłem tym, który zostaje, gdy inni już dawno zapomnieli o obowiązkach. Znowu byłem wygodny.

Wyszedłem z biura po dwudziestej drugiej. W tramwaju do domu patrzyłem przez okno na rozświetlony Wrocław i czułem się jak duch. Telefon milczał. Marta nie napisała ani słowa. Gdy wszedłem do mieszkania, zastałem ją na kanapie, z rękami skrzyżowanymi na piersi i miną, która nie wróżyła niczego dobrego.

– Znowu? – zapytała bez cienia współczucia. – Ile razy jeszcze mam czekać?

– Przepraszam, szef mnie zatrzymał…

– Zawsze ktoś cię zatrzymuje. Albo mama, albo praca, albo twoi koledzy. A ja?

Nie miałem siły się tłumaczyć. Wiedziałem, że ma rację. Ale wiedziałem też, że nie mam wyboru. Od kiedy tata odszedł do innej kobiety, a mama została sama z długami po jego firmie, wszystko spadło na mnie. Byłem najstarszy z rodzeństwa – siostra Ola miała wtedy piętnaście lat i nie rozumiała jeszcze, jak bardzo świat potrafi być okrutny.

Pamiętam dzień, kiedy tata spakował walizkę i wyszedł bez słowa. Mama płakała w kuchni, a ja próbowałem ją pocieszyć, choć sam miałem ochotę krzyczeć. Od tamtej pory byłem dla wszystkich: dla mamy – wsparciem finansowym i psychicznym; dla Oli – starszym bratem i ojcem w jednym; dla Marty – partnerem, który miał być zawsze obecny i czuły.

Ale ja nie byłem żadnym z nich. Byłem tylko wygodny.

– Bartek, musisz mi pomóc z czynszem – mama dzwoniła co miesiąc, zawsze z tym samym tonem winy w głosie.

– Bartek, możesz odebrać Olę ze szkoły? Mam nadgodziny – prosiła sąsiadka, bo mama nie dawała już rady.

– Bartek, pojedź do babci na wieś, bo nikt inny nie ma czasu – prosiła ciotka.

A ja jechałem. Zawsze jechałem.

Marta coraz częściej patrzyła na mnie z wyrzutem. Kiedyś powiedziała:

– Ty nigdy nie będziesz mój. Jesteś wszystkich.

Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak bardzo miała rację.

Pewnego dnia wróciłem do domu wcześniej niż zwykle. Drzwi były uchylone. Wszedłem cicho i usłyszałem śmiech Marty – ten śmiech, który kiedyś był tylko dla mnie. Tym razem był dla kogoś innego. Zobaczyłem ją na kanapie z moim najlepszym przyjacielem – Pawłem.

– Bartek… to nie tak… – zaczęła Marta, ale nie chciałem słuchać.

Wyszedłem bez słowa. Na klatce schodowej spotkałem sąsiadkę.

– Wszystko w porządku? – zapytała z troską.

Chciałem odpowiedzieć „tak”, ale głos ugrzązł mi w gardle.

Następne dni były jak sen na jawie. Praca przestała mieć sens. Mama dzwoniła coraz częściej, Ola zaczęła sprawiać problemy w szkole. Nauczycielka wezwała mnie na rozmowę:

– Panie Bartku, Ola jest zamknięta w sobie. Ma trudności z nauką i relacjami z rówieśnikami. Może warto porozmawiać z psychologiem?

Czułem się bezradny. Chciałem pomóc siostrze, ale sam ledwo trzymałem się na nogach.

Pewnego wieczoru zadzwonił tata. Po latach ciszy.

– Cześć, Bartek…

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Chciałem zapytać… czy możesz pożyczyć mi trochę pieniędzy? Mam kłopoty…

Zacisnąłem pięści tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.

– Nie mogę ci pomóc – odpowiedziałem chłodno i rozłączyłem się.

Po raz pierwszy postawiłem granicę. Po raz pierwszy poczułem się wolny.

Ale wolność miała gorzki smak. Straciłem Martę, przyjaciela i resztki złudzeń co do rodziny. Została tylko Ola i mama – obie coraz bardziej zależne ode mnie.

Któregoś dnia Ola przyszła do mnie wieczorem do pokoju.

– Bartek… czy ty mnie jeszcze kochasz?

Spojrzałem na nią i zobaczyłem w jej oczach ten sam strach i samotność, które czułem sam od lat.

– Kocham cię najbardziej na świecie – odpowiedziałem szczerze.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Ola położyła głowę na moim ramieniu.

– Nie chcę być ciężarem…

Zacisnąłem powieki. Ile razy sam myślałem to samo?

Minęły miesiące. Zacząłem chodzić na terapię. Powoli uczyłem się mówić „nie”. Mama była zła – zarzucała mi egoizm:

– Po tym wszystkim chcesz nas zostawić?

Ale ja wiedziałem już jedno: jeśli nie zadbam o siebie, nie będę mógł pomóc nikomu innemu.

Zacząłem spotykać się z nowymi ludźmi. Poznałem Anię – dziewczynę z sąsiedztwa, która sama wychowywała syna po rozwodzie. Rozumiała moje zmęczenie światem i nie oczekiwała cudów.

Pewnego dnia siedzieliśmy razem na ławce nad Odrą i patrzyliśmy na zachód słońca.

– Wiesz… czasem mam wrażenie, że ludzie pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebują – powiedziałem cicho.

Ania uśmiechnęła się smutno:

– Może czas zacząć pamiętać o sobie?

Te słowa zostały ze mną na długo.

Dziś wiem jedno: nie jestem już tylko wygodny. Jestem człowiekiem z własnymi potrzebami i marzeniami. Ale czasem wciąż wracam myślami do tamtych dni i pytam siebie:

Czy naprawdę jesteśmy dla innych tylko wtedy ważni, gdy jesteśmy im potrzebni? A może to my sami musimy nauczyć się być ważni dla siebie?