„Czy można pokochać życie po sześćdziesiątce? Historia Marii, która zstąpiła do studni i znalazła prawdę, złoto i… miłość”

– Mamo, nie możesz tak po prostu wyjechać! – krzyczała przez telefon moja córka, Anna. – Masz 63 lata! Gdzie ty pójdziesz? Co będziesz robić?

Siedziałam na zimnym krześle w wynajętym pokoiku na Przedmieściu Oławskim, ściskając w dłoni list od właściciela mieszkania: „Proszę opuścić lokal do końca miesiąca”.

– Aniu, nie mam wyboru. Ty masz swoje dzieci, swoje życie. Ja… ja już nie mam nic – odpowiedziałam cicho.

Po śmierci męża wszystko się rozpadło. Najpierw dom pod Wrocławiem – sprzedany za długi. Potem kontakt z synami – rozjechali się po świecie, ledwo wiążąc koniec z końcem. Zostałam sama. Praca? Kto zatrudni starą kobietę? Zgodziłam się na wszystko: sprzątanie, mycie okien, nawet kopanie w ogródkach. Ale to nie wystarczało.

Kiedy usłyszałam o pracy na starej posiadłości rodziny Malinowskich pod Oławą – „ciężka robota przy porządkowaniu opuszczonych zabudowań” – nie wahałam się ani chwili. Gospodarz, pan Jan Malinowski, był wdowcem po pięćdziesiątce. Mówili o nim: surowy, ale sprawiedliwy. Płacił na czas i nie wyzyskiwał ludzi. Dla mnie to wystarczyło.

Trzeciego dnia pracy podszedł do mnie sam pan Jan. Jego twarz była surowa, ale w oczach czaił się cień zmęczenia.

– Pani Mario, jest tu stara studnia za stodołą. Nikt jej nie używa od lat. Chciałbym, żeby pani posprzątała teren wokół niej i sprawdziła, czy da się ją jeszcze wykorzystać. Zapłacę ekstra.

Słowo „ekstra” zabrzmiało jak muzyka. Wzięłam łopatę, grabie i ruszyłam przez zarośla. Studnia była stara, obrośnięta bluszczem i pokrzywami. Deski przykrywające otwór spróchniały ze starości.

Przez trzy godziny walczyłam z chaszczami i błotem. Kiedy wreszcie oczyściłam teren, spojrzałam w głąb studni. Ciemność była lepka i gęsta jak smoła. Rzuciłam kamień – po chwili usłyszałam plusk.

Wiedziałam, że muszę zejść na dół. Przewiązałam się liną do starego dębu, zapaliłam latarkę i zaczęłam schodzić po śliskich kamieniach. Ręce piekły mnie od szorstkiej liny, a serce waliło jak oszalałe.

Po kilku metrach poczułam pod nogami coś twardego – nie wodę, lecz kamienną półkę. Zauważyłam w ścianie otwór prowadzący do wykutego w skale korytarza. Na pierwszym stopniu wyryto słowa: „Kto schodzi, niesie ciężar prawdy”.

Zadrżałam. Ale czego miałam się bać? Straciłam już wszystko.

Schodziłam coraz niżej, licząc kolejne stopnie: dziesięć… dwadzieścia… pięćdziesiąt… W końcu dotarłam do niewielkiej komory wykutej w skale. Pośrodku stała ogromna skrzynia zamknięta na zardzewiały zamek. Obok mniejsza szkatułka i stosy pożółkłych papierów.

Drżącymi dłońmi podniosłam jeden z dokumentów. Były to rejestry: nazwiska, daty, kwoty… Dopiero po chwili zrozumiałam: to były listy ludzi przetrzymywanych tu nielegalnie jeszcze długo po wojnie – robotników przymusowych, dzieci z sierocińców oddanych „do pomocy”, kobiety bezdomne… Przy każdym nazwisku notatka: „zaginął”, „odesłany”, „pochowany na terenie majątku”.

Poczułam lodowaty dreszcz na plecach. Przecież to była zbrodnia! Ludzie ginęli tu bez śladu, a ich cierpienie zostało zakopane razem z nimi.

Spojrzałam na mniejszą szkatułkę – nie była zamknięta. Otworzyłam ją powoli… W środku połyskiwały złote monety i stare pierścionki – majątek niewyobrażalny dla kogoś takiego jak ja.

Mogłam zabrać choć część i uciec stąd raz na zawsze. Kupić dom, odzyskać godność… Ale każda moneta była jak kropla krwi tych ludzi.

Zacisnęłam powieki – łzy popłynęły mi po policzkach. Odłożyłam złoto i zamknęłam szkatułkę.

Schowałam kilka dokumentów do kieszeni fartucha i zaczęłam mozolną wspinaczkę na górę. Gdy wyszłam ze studni, upadłam na kolana i długo nie mogłam złapać tchu.

Wieczorem znalazłam pana Jana w salonie starego dworu.

– Panie Janie… Muszę panu coś pokazać – powiedziałam drżącym głosem.

Zmarszczył brwi.

– Co się stało?

– W studni jest zejście do podziemi… Znalazłam tam dokumenty… To są dowody na to, że pański ojciec i dziadek więzili tu ludzi po wojnie…

Jan pobladł. Wziął papiery i długo je czytał w milczeniu.

– Boże… Nie wiedziałem… Ojciec zawsze powtarzał: „Nie ruszaj tej studni”. Myślałem, że to przesąd…

Opowiedziałam mu o złocie.

– To pieniądze przeklęte – powiedział cicho. – Musimy zrobić to, co słuszne.

Następnego dnia Jan zadzwonił na policję i do IPN-u. Rozpętało się piekło: śledztwa, ekshumacje, media pod bramą dworu. Znaleziono szczątki kilkunastu osób pochowanych bezimiennie na obrzeżach majątku.

Jan użył złota na godne pochówki i pomnik upamiętniający ofiary. Przez tygodnie byliśmy razem w tym chaosie: on – potomek winnych; ja – świadek prawdy.

Wieczorami siedzieliśmy razem przy herbacie w pustym salonie.

– Pani Mario… Ta posiadłość jest za duża dla jednego człowieka – powiedział pewnego wieczoru Jan. – Jest pani odważna i uczciwa. Chciałbym… żeby została pani tu ze mną. Jako żona.

Zaniemówiłam ze zdziwienia.

– Panie Janie… Ja mam 63 lata! To chyba nie wypada…

Uśmiechnął się smutno.

– Nie chodzi o miłość młodzieńczą. Chodzi o towarzystwo, o spokój… O godność dla pani i dla mnie.

Zgodziłam się. Bo co miałam do stracenia? Samotność bolała bardziej niż cokolwiek innego.

Pobraliśmy się skromnie w kościele parafialnym. Nagle miałam dom, miejsce przy stole i głos w codziennych sprawach dworu.

Z czasem nasze małżeństwo stało się czymś więcej niż układanką samotnych dusz: był szacunek, wspólne spacery po polach o zachodzie słońca, rozmowy do późna w nocy… Nie była to młodzieńcza namiętność – raczej cicha pewność, że ktoś czeka na mnie każdego dnia.

Jan zamknął studnię na zawsze.

– Ofiary zostały upamiętnione – powiedział pewnego dnia. – Reszta może pozostać pod ziemią.

Minęło dziesięć lat. Siedzieliśmy razem na werandzie patrząc na pola rzepaku.

– Wiesz co czasem myślę? – zapytał Jan ściskając moją dłoń – Że całe to zło ukryte pod ziemią sprowadziło cię tutaj…

Uśmiechnęłam się przez łzy.

– To nie zło mnie tu przyprowadziło, Janie. To Bóg chciał naprawić krzywdy przez prawdę… I dać nam drugą szansę.

Kiedy umarłam w wieku 81 lat, Jan pochował mnie pod starym dębem za domem – tam gdzie pierwszy raz spojrzałam w głąb studni.

Czasem zastanawiam się: czy gdybym wtedy zabrała złoto i uciekła – czy zaznałabym spokoju? Czy odwaga polega tylko na walce o siebie? A może prawdziwa siła to umieć przebaczyć przeszłości i dać sobie szansę na nowe życie?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?