Czerwone Adidasy – Historia Szymona z Pragi
Stałem jak co dzień pod witryną sklepu obuwniczego na Ząbkowskiej, wpatrzony w czerwone adidasy, które wisiały na sznurku tuż przy szybie. Byłem wtedy dziewięcioletnim chłopcem, chudym, z łokciami wystającymi przez dziury w koszulce, której nie miałem już siły cerować. W mojej kieszeni brzęczały dwa złote – reszta po bułce z serem, którą kupiłem w szkolnym sklepiku. W domu czekała na mnie mama, zmęczona po nocnej zmianie w szpitalu, i ojciec, który od miesięcy nie mógł znaleźć pracy. Każdego dnia, zanim wróciłem do naszej kawalerki na czwartym piętrze, zatrzymywałem się tu, patrząc na te buty, jakby od nich zależało całe moje szczęście.
Pewnego popołudnia, kiedy już słońce zaczęło chować się za kamienicami, drzwi sklepu skrzypnęły i wyszedł pan Zbigniew, właściciel. Był wysoki, miał siwe włosy i zawsze pachniał mydłem. Spojrzał na mnie, a potem na moje stare trampki, które ledwo trzymały się na sznurówkach.
– Ty znowu tu stoisz, chłopaku? – zapytał, opierając się o framugę drzwi.
Nie odpowiedziałem. Wstydziłem się, że ktoś zauważył moje marzenie. W mojej rodzinie nie mówiło się o pragnieniach, bo i tak nie było szans ich spełnić.
– Jak masz na imię? – dopytywał.
– Szymon – odpowiedziałem cicho, patrząc w ziemię.
– Szymon, a czemu tak patrzysz na te buty? – zapytał łagodnie.
Wzruszyłem ramionami. Bałem się powiedzieć, że nigdy nie miałem nowych butów. Zawsze dostawałem po starszym bracie, który już dawno wyjechał do Niemiec za pracą i nie odzywał się od miesięcy.
– Wiesz, że te adidasy są na przecenie? – powiedział pan Zbigniew, jakby chciał mnie zachęcić.
– Ale ja nie mam pieniędzy – wydukałem.
– A może chcesz sobie dorobić? – zaproponował. – Potrzebuję kogoś do mycia szyb i zamiatania przed sklepem.
Serce zabiło mi mocniej. Przez chwilę poczułem, że może jednak coś się zmieni. Zgodziłem się bez wahania. Od następnego dnia po szkole przychodziłem do sklepu, myłem szyby, zamiatałem chodnik, czasem pomagałem układać pudełka na zapleczu. Pan Zbigniew płacił mi po pięć złotych za dzień pracy. Każdą złotówkę odkładałem do słoika, który schowałem pod łóżkiem.
W domu nie mówiłem nic. Ojciec był coraz bardziej rozdrażniony, krzyczał na mamę, że nie przynosi dość pieniędzy. Czasem wracał pijany, a wtedy najlepiej było nie wchodzić mu w drogę. Mama płakała po nocach, myśląc, że nie słyszę. Ale słyszałem wszystko. Słyszałem, jak mówiła do siebie: „Za co ja ci kupię nowe buty, Szymonku?”
Minęły dwa miesiące. Słoik zapełniał się powoli, ale czerwone adidasy wciąż wisiały w witrynie. Codziennie sprawdzałem, czy jeszcze tam są. Bałem się, że ktoś je kupi, zanim uzbieram całą sumę. Pewnego dnia, kiedy liczyłem pieniądze, do pokoju wszedł ojciec.
– Co tam chowasz? – zapytał podejrzliwie.
– Nic, tylko drobne… – próbowałem się wykręcić.
– Daj tu! – wyrwał mi słoik z rąk. – Skąd masz tyle pieniędzy?
– Pracuję u pana Zbigniewa, w sklepie obuwniczym – odpowiedziałem, drżąc ze strachu.
Ojciec spojrzał na mnie z pogardą. – Lepiej byś się uczył, a nie łaził po sklepach! – krzyknął i wyszedł, trzaskając drzwiami. Słoik zostawił na stole, ale przez kilka dni nie odzywał się do mnie wcale.
W szkole nie było lepiej. Koledzy śmiali się z moich starych butów. „Patrzcie, Szymon z dziurawymi trampkami!” – wołali na przerwach. Udawałem, że mnie to nie rusza, ale w środku czułem się coraz gorzej. Tylko pani Ania, wychowawczyni, czasem podchodziła i pytała, czy wszystko w porządku. Kłamałem, że tak.
W końcu nadszedł dzień, kiedy uzbierałem całą sumę. Przyszedłem do sklepu z słoikiem pełnym monet. Pan Zbigniew uśmiechnął się szeroko.
– No, Szymon, widzę, że jesteś uparty. Chodź, przymierzysz te adidasy.
Serce waliło mi jak młot. Wsunąłem stopy w czerwone buty. Były idealne. Czułem się, jakbym nagle urósł o dziesięć centymetrów. Pan Zbigniew zapakował je w papierową torbę i wręczył mi z uśmiechem.
– Zasłużyłeś na nie – powiedział. – Jesteś dzielny chłopak.
Wyszedłem ze sklepu, trzymając torbę jak największy skarb. Po drodze spotkałem kolegów ze szkoły. Zaczęli się śmiać, że pewnie ukradłem te buty. Jeden z nich, Bartek, popchnął mnie i torba wypadła mi z rąk. Adidasy potoczyły się po chodniku. Zanim zdążyłem je podnieść, Bartek kopnął jeden z nich w kałużę.
– Oddajcie! – krzyknąłem, ale śmiali się tylko głośniej.
Wróciłem do domu z jednym przemoczonym butem i drugim zabłoconym. Mama zobaczyła mnie w drzwiach i od razu wiedziała, że coś się stało. Usiadła obok mnie na łóżku i przytuliła.
– Nie płacz, Szymonku. Najważniejsze, że sam sobie na nie zapracowałeś. To twoja duma, nie ich – powiedziała cicho.
Ojciec tylko spojrzał na mnie z kąta pokoju i mruknął coś pod nosem. Nie obchodziło go, co się ze mną dzieje. Tego wieczoru długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o tym, jak bardzo chciałem być kimś innym, mieć inną rodzinę, inne życie. Ale potem przypomniałem sobie słowa pana Zbigniewa i mamy. Może jednak warto walczyć o swoje marzenia, nawet jeśli świat jest przeciwko tobie.
Następnego dnia przyszedłem do szkoły w czerwonych adidasach, choć były już trochę brudne. Koledzy patrzyli na mnie z zazdrością, ale już nie śmiali się tak głośno. Pani Ania uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: „Dobrze ci w tych butach, Szymon.”
Od tamtej pory coś się zmieniło. Zacząłem wierzyć, że mogę osiągnąć więcej, jeśli tylko będę się starał. Pracowałem dalej u pana Zbigniewa, pomagałem mamie w domu, starałem się nie zwracać uwagi na ojca. Czasem wciąż było ciężko, ale już nie czułem się taki bezsilny.
Dziś, kiedy patrzę na tamte czerwone adidasy, które wciąż trzymam na dnie szafy, myślę o tym, ile kosztowały mnie łez, upokorzeń i wysiłku. Ale były moim pierwszym zwycięstwem. Czy warto było tyle przejść dla jednych butów? Może tak. Może to właśnie te małe zwycięstwa budują w nas siłę na całe życie. A wy, jak myślicie – czy warto walczyć o swoje marzenia, nawet jeśli wydają się tak banalne?