Zawsze byłam tą złą teściową? Moja synowa trzymała mnie na dystans, a teraz narzeka, że nie angażuję się w życie wnuczek

— Znowu przyszłaś bez zapowiedzi? — głos Marty był chłodny, gdy otworzyła drzwi. Stałam na wycieraczce z ciastem drożdżowym, które piekłam specjalnie dla wnuczek. Zawsze lubiły moje wypieki, choć ostatnio widywałam je coraz rzadziej. — Chciałam tylko zobaczyć dziewczynki, przyniosłam im coś słodkiego — odpowiedziałam cicho, czując jak serce ściska mi się w piersi. Marta spojrzała na mnie z niechęcią, jakbym była nieproszonym gościem, a nie babcią jej dzieci.

Od początku naszego wspólnego życia nie było łatwo. Kiedy mój syn, Tomek, przyprowadził Martę do domu, starałam się być serdeczna. Pamiętam, jak zaprosiłam ją na obiad, przygotowałam jej ulubione pierogi z kapustą i grzybami, które Tomek podpowiedział mi przez telefon. Marta jednak ledwo tknęła jedzenie, a potem przez cały wieczór rozmawiała tylko z Tomkiem, jakby mnie nie było. Myślałam, że to kwestia czasu, że z czasem się otworzy, ale z każdym kolejnym spotkaniem czułam się coraz bardziej zbędna.

Kiedy urodziła się pierwsza wnuczka, Zosia, miałam nadzieję, że coś się zmieni. Przyniosłam do szpitala kocyk, który własnoręcznie wydziergałam, ale Marta tylko podziękowała i odłożyła prezent na bok. Nie pozwoliła mi nawet potrzymać dziecka na rękach. — Zosia musi odpoczywać, nie chcę, żeby była narażona na zarazki — powiedziała stanowczo. Poczułam się upokorzona, ale nie chciałam robić sceny. Wróciłam do domu i płakałam całą noc.

Z czasem zaczęłam się wycofywać. Nie chciałam narzucać się Marcie, nie chciałam być tą złą teściową, o której opowiadają kawały. Ale im bardziej się wycofywałam, tym bardziej czułam się samotna. Tomek był zajęty pracą, rzadko dzwonił. Wnuczki widywałam tylko od święta, a nawet wtedy czułam się jak obca. Marta zawsze patrzyła na mnie podejrzliwie, jakbym miała złe intencje. Nigdy nie zaprosiła mnie na żadne urodziny dziewczynek, nie pytała o radę, nie prosiła o pomoc.

Aż do teraz. Kilka tygodni temu Tomek zadzwonił do mnie wieczorem. — Mamo, Marta ma dużo pracy, dziewczynki są chore, może mogłabyś pomóc? — zapytał nieśmiało. Poczułam ukłucie nadziei. Może wreszcie będę mogła być częścią ich życia? Następnego dnia poszłam do nich z zupą i lekami, ale Marta przyjęła mnie z chłodem. — Dziękuję, ale poradzimy sobie — powiedziała, nawet nie patrząc mi w oczy.

Od tamtej pory zaczęłam częściej zaglądać, próbując pomóc, ale za każdym razem spotykałam się z dystansem. Dziewczynki były radosne, gdy mnie widziały, ale Marta zawsze była spięta, jakby bała się, że zrobię coś nie tak. Czułam się jak intruz, jakby moja obecność była problemem, a nie wsparciem.

Kilka dni temu sytuacja się zmieniła. Marta zadzwoniła do mnie wieczorem, jej głos był roztrzęsiony. — Pani Aniu, czy mogłaby pani zostać z dziewczynkami jutro? Mam ważne spotkanie w pracy, a Tomek wyjeżdża służbowo. — Oczywiście, Marto, z przyjemnością — odpowiedziałam, choć w środku czułam mieszankę radości i niepokoju. Czy to początek nowego etapu, czy tylko chwilowa potrzeba?

Następnego dnia przyszłam wcześniej, żeby pomóc dziewczynkom się ubrać i przygotować śniadanie. Zosia przytuliła się do mnie, a młodsza Hania uśmiechnęła się szeroko. — Babciu, zrobisz nam naleśniki? — zapytała. Serce mi się roztopiło. Przez chwilę poczułam się naprawdę potrzebna. Marta wychodziła w pośpiechu, ale zatrzymała się w drzwiach. — Proszę, żeby dziewczynki nie jadły za dużo słodyczy i żeby nie oglądały bajek przed obiadem — powiedziała chłodno. Skinęłam głową, choć w środku czułam ukłucie żalu. Zawsze musiała mieć kontrolę, nawet kiedy prosiła mnie o pomoc.

Dzień minął spokojnie. Dziewczynki były szczęśliwe, bawiłyśmy się, czytałyśmy książki, piekłyśmy ciasto. Kiedy Marta wróciła, spojrzała na mnie z zaskoczeniem. — Dziewczynki są spokojne, dom jest posprzątany… — mruknęła, jakby nie dowierzała, że mogę sobie poradzić. — Dziękuję, pani Aniu — dodała po chwili, ale w jej głosie nie było ciepła.

Wieczorem zadzwonił Tomek. — Mamo, Marta mówiła, że świetnie sobie poradziłaś. Może mogłabyś częściej pomagać? — zapytał. Poczułam radość, ale i niepokój. Czy naprawdę chcą mojej obecności, czy tylko mojej pomocy? Czy jestem dla nich rodziną, czy tylko wygodnym rozwiązaniem na czas kryzysu?

Kilka dni później spotkałam Martę na zakupach. Stała w kolejce do kasy, wyglądała na zmęczoną. — Dzień dobry, Marto — powiedziałam nieśmiało. Spojrzała na mnie zaskoczona. — Dzień dobry, pani Aniu. — Przez chwilę milczałyśmy, aż w końcu Marta odezwała się pierwsza. — Wie pani, czasem mam wrażenie, że pani mnie nie lubi. — Zaskoczyła mnie tym wyznaniem. — Ja? To raczej ja miałam wrażenie, że to pani mnie nie chce w swoim życiu — odpowiedziałam szczerze. Marta spuściła wzrok. — Może obie popełniłyśmy błędy — powiedziała cicho.

Wracałam do domu z ciężkim sercem. Czy naprawdę byłam tą złą teściową? Czy mogłam zrobić coś inaczej? Może powinnam była walczyć o swoje miejsce w rodzinie, zamiast się wycofywać? A może Marta nigdy nie była gotowa mnie zaakceptować?

Dziś, patrząc na zdjęcia wnuczek na półce, zastanawiam się, czy jeszcze można naprawić te relacje. Czy po tylu latach chłodu i nieufności da się zbudować coś nowego? A może już zawsze będę tylko tą złą teściową, której obecność jest tolerowana tylko wtedy, gdy jest potrzebna? Czy warto jeszcze próbować, czy lepiej pogodzić się z samotnością? Może ktoś z was miał podobne doświadczenia i wie, jak znaleźć drogę do serca rodziny, która wydaje się zamknięta na zawsze?