Zaprosiłam byłą synową do domu – teraz mój syn jest mi obcy

— Naprawdę chcesz, żebym się wyprowadził? — głos Michała drżał, choć próbował brzmieć stanowczo. Stał w progu kuchni, zaciśnięte pięści i wzrok wbity w podłogę. W tej chwili nie widziałam już w nim mojego małego chłopca, którego tuliłam po nocnych koszmarach. Przede mną stał dorosły mężczyzna, mój syn, a jednak zupełnie mi obcy.

Nie tak wyobrażałam sobie starość. Wychowywałam Michała sama, odkąd jego ojciec odszedł. Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata i cały świat na głowie. On zostawił nas, bo „nie radził sobie z rutyną i odpowiedzialnością”. Jakby ja, młodsza o trzy lata, wiedziałam więcej o życiu. Ale nie miałam wyboru – musiałam być silna dla Michała. Pracowałam na dwa etaty, gotowałam, prałam, pomagałam w lekcjach. Byliśmy drużyną. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Michał dorastał szybko. Może za szybko. W wieku dwudziestu jeden lat poznał Kasię – cichą, skromną dziewczynę z sąsiedztwa. Zakochali się w sobie na zabój i już po roku byli małżeństwem. Byłam szczęśliwa, choć w głębi serca czułam niepokój. Czy nie powtarza historii swojego ojca? Czy nie ucieka przed odpowiedzialnością?

Przez pierwsze lata wszystko wydawało się w porządku. Kasia była dla mnie jak córka – pomagała w domu, rozmawiałyśmy godzinami przy herbacie. Michał pracował dużo, czasem za dużo. Zaczęły się kłótnie. Najpierw o drobiazgi: kto wyniesie śmieci, kto odbierze dzieci (tak, doczekałam się wnuków – Julki i Antosia). Potem coraz poważniejsze: o pieniądze, o czas spędzany poza domem, o marzenia, które nagle przestały być wspólne.

Pewnego wieczoru Kasia przyszła do mnie zapłakana. Michał wyprowadził się do kolegi „na jakiś czas”. Dzieci płakały, ona nie miała siły wstać z łóżka. Nie mogłam patrzeć na jej cierpienie – przypominała mi samą siebie sprzed lat. Zaproponowałam jej i dzieciom pokój u mnie. „To tylko na chwilę” – zapewniałam siebie i ją.

Minęły dwa miesiące. Kasia powoli dochodziła do siebie, dzieci zaczęły się uśmiechać. Ja znów czułam się potrzebna – gotowałam ulubione naleśniki Julki, czytałam Antosiowi bajki na dobranoc. Michał pojawiał się coraz rzadziej. Gdy przychodził po dzieci, był spięty, unikał mojego wzroku.

— Mamo, dlaczego ona tu mieszka? — zapytał pewnego dnia bez ogródek.
— Bo jest matką twoich dzieci i potrzebuje wsparcia — odpowiedziałam spokojnie.
— A ja? Ja nie potrzebuję? — jego głos był pełen żalu.
— Ty jesteś dorosły, Michał. Poradzisz sobie — powiedziałam to automatycznie, nie zastanawiając się nad sensem tych słów.

Od tamtej rozmowy coś pękło między nami. Michał przestał dzwonić bez potrzeby. Przestał pytać o moje zdrowie, o codzienność. Czułam się winna, ale nie potrafiłam wyrzucić Kasi z domu – była dla mnie jak córka.

Pewnego wieczoru usiadłam z Kasią przy kuchennym stole.
— Może powinnaś poszukać czegoś własnego? — zapytałam nieśmiało.
Spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Myślałam, że jestem tu mile widziana…
— Jesteś! Tylko… Michał…
— On już dawno odszedł — przerwała mi cicho.

Zrozumiałam wtedy, że nie ma dobrego rozwiązania. Każda decyzja kogoś zrani. Czy powinnam była wybrać syna? Czy lojalność wobec byłej synowej to zdrada wobec własnego dziecka?

Czasami słyszę w nocy kroki na korytarzu – to Kasia idzie do łazienki albo dzieci szukają wody. Wtedy myślę o Michale: gdzie jest? Czy jest szczęśliwy? Czy kiedyś mi wybaczy?

Może popełniłam błąd. Może powinnam była pozwolić mu samemu rozwiązać swoje problemy i nie angażować się tak bardzo w życie Kasi i wnuków. Ale czy mogłam patrzeć na ich cierpienie?

Czasami pytam siebie: czy można być dobrą matką i dobrym człowiekiem jednocześnie? Czy zawsze musimy wybierać między tymi, których kochamy najbardziej?

Może ktoś z was zna odpowiedź…