Urodziny mojej córki i cisza mojej samotności – historia matki, która straciła wszystko oprócz nadziei

– Mamo, nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyś przyszła – głos Marisy był chłodny, niemal obcy. Stałam przy oknie w kuchni, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który już dawno wystygł. Za oknem padał deszcz, a ja czułam, jakby każda kropla uderzała prosto w moje serce.

– Ale to twoje trzydzieste urodziny… – wyszeptałam, próbując ukryć drżenie głosu. – Zawsze razem świętowałyśmy…

– Mamo, proszę. To będzie małe spotkanie. Tylko znajomi. Naprawdę nie chcę…

Nie dokończyła. Usłyszałam tylko cichy szelest w słuchawce i połączenie zostało przerwane. Przez chwilę stałam nieruchomo, jakby ktoś wyłączył mi wszystkie zmysły. Potem powoli usiadłam przy stole i pozwoliłam łzom płynąć.

Nie tak wyobrażałam sobie starość. Kiedyś myślałam, że będę miała dom pełen wnuków, zapachów ciasta i śmiechu. Że po śmierci Andrzeja, mojego męża, Marisa będzie moją podporą. Ale życie napisało inny scenariusz.

Marisa była moim jedynym dzieckiem. Urodziłam ją późno, po latach starań i rozczarowań. Była moim cudem – jasnowłosą dziewczynką o wielkich oczach. Pamiętam jej pierwszy dzień w szkole, jej płacz po rozbitym kolanie, jej śmiech podczas wspólnych wakacji nad Bałtykiem. Ale potem coś zaczęło się psuć.

Najpierw była śmierć Andrzeja – nagły zawał serca. Z dnia na dzień zostałyśmy same. Ja pogrążona w żałobie, ona zamknięta w sobie. Próbowałam być silna dla nas obu, ale coraz częściej wybuchały między nami kłótnie o drobiazgi: o bałagan w pokoju, o oceny, o chłopaków. Z czasem przestałyśmy rozmawiać o ważnych sprawach.

Kiedy Marisa wyjechała na studia do Warszawy, poczułam ulgę i pustkę jednocześnie. Pisała rzadko, dzwoniła jeszcze rzadziej. Gdy wracała na święta, rozmowy były wymuszone, pełne niezręczności. Czułam się jak intruz we własnym domu.

A teraz… Teraz nawet nie jestem zaproszona na jej urodziny.

Przez cały dzień chodziłam po mieszkaniu jak cień. Otwierałam szafki, przeglądałam stare zdjęcia – Marisa na rowerze, Marisa z Andrzejem na plaży, Marisa przy choince. Każde zdjęcie bolało jak ukłucie igły.

Wieczorem zadzwoniła sąsiadka, pani Zofia.

– Pani Haniu, wszystko w porządku? – zapytała z troską.

– Tak… To znaczy nie bardzo – odpowiedziałam szczerze. – Dziś są urodziny Marisy. Nawet mnie nie zaprosiła.

– Dzieci teraz są inne – westchnęła pani Zofia. – Moja Basia też rzadko dzwoni. Ale wie pani co? Trzeba żyć dla siebie.

Żyć dla siebie… Ale jak?

Nocą długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się wspomnienia i pytania bez odpowiedzi. Czy byłam zbyt surowa? Czy za bardzo ją kontrolowałam? Czy po śmierci Andrzeja zamknęłam się na jej potrzeby?

Następnego dnia postanowiłam napisać list. Nie maila, nie SMS-a – prawdziwy list na papierze.

„Mariso,
Nie wiem, kiedy zaczęłyśmy się od siebie oddalać. Może wtedy, gdy zabrakło taty? Może wtedy, gdy próbowałam cię chronić przed całym światem? Przepraszam za wszystko, co zrobiłam źle. Kocham cię i zawsze będę kochać. Jeśli kiedyś zechcesz porozmawiać – czekam.
Mama”

Wrzuciłam list do skrzynki i poczułam ulgę. Przynajmniej spróbowałam.

Minęły tygodnie bez odpowiedzi. Każdego dnia sprawdzałam skrzynkę na listy i telefon. Nic.

Pewnego popołudnia usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Marisę. Stała w progu z oczami pełnymi łez.

– Mamo… Przeczytałam twój list – wyszeptała.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Po prostu przytuliłam ją mocno.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Bałam się wrócić do domu. Bałam się twojego rozczarowania…

– Najbardziej bałam się samotności – odpowiedziałam szczerze.

Usiadłyśmy razem przy kuchennym stole. Rozmawiałyśmy długo – o wszystkim i o niczym. O tym, jak bardzo obie tęskniłyśmy za Andrzejem, jak trudno było nam żyć bez niego. O tym, jak bardzo się zraniłyśmy przez milczenie i dumę.

Nie wiem, czy wszystko uda nam się naprawić. Ale wiem jedno: warto próbować.

Czasem myślę: ile rodzin rozpada się przez niedopowiedzenia i dumę? Czy naprawdę tak trudno powiedzieć „przepraszam” albo „tęsknię”? Może ktoś z was też czeka na taki list lub telefon?