Sprzedana jak zwierzę: cud wśród polskich gór. Moja walka o godność i prawdę, której nikt nie chciał usłyszeć
— Nie płacz, Aniu. Tak będzie lepiej dla wszystkich — usłyszałam głos matki, zimny jak lód. Stałam na środku kuchni, z walizką w ręku, a łzy spływały mi po policzkach. Ojciec nawet nie spojrzał mi w oczy. Patrzył przez okno na podwórko, jakby tam znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego jego córka nie jest taka, jakiej oczekiwał.
— Ale mamo… ja nie chcę tam jechać! — szlochałam, ściskając rączkę starej walizki. — Przecież to obcy ludzie!
Matka odwróciła się do mnie plecami. — Obcy? To twoja nowa rodzina. Tam będziesz miała dach nad głową i może… może w końcu się czegoś nauczysz.
Wiedziałam, że chodziło o coś innego. O to, że po trzech latach małżeństwa z Piotrem nie zaszłam w ciążę. W naszej wsi kobieta bez dzieci była jak sucha gałąź — niepotrzebna, bezużyteczna. Piotr oddał mnie rodzicom z powrotem jak zepsuty towar. A oni… oni sprzedali mnie dalej. Do rodziny w górach, gdzie podobno potrzebowali pomocy przy gospodarstwie.
Podróż trwała całą noc. W autobusie śmierdziało potem i starymi ziemniakami. Patrzyłam przez okno na ciemniejące niebo i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek wrócę do domu. Ale czy to jeszcze był mój dom?
Na przystanku w Poroninie czekał na mnie mężczyzna. Wysoki, zarośnięty, z oczami jak stalowe gwoździe. — Anna? — zapytał krótko. Skinęłam głową.
— Chodź za mną.
Szliśmy przez błotnistą drogę, a ja czułam się jak cielę prowadzone na rzeź. Gospodarstwo było stare, drewniane, otoczone górami i ciszą tak głęboką, że aż bolały uszy.
— Tu będziesz spać — powiedział mężczyzna, wskazując mi zimny pokój z jednym łóżkiem i piecem kaflowym. — Rano wstajesz o piątej.
Nie przedstawił się nawet. Dopiero później dowiedziałam się od sąsiadki, że to Janusz. W okolicy mówili na niego „dziki”, bo żył sam od śmierci żony i nie rozmawiał z nikim więcej niż trzeba.
Pierwsze dni były piekłem. Praca od świtu do nocy: krowy, świnie, pole, drewno do pieca. Janusz był oschły, milczący, czasem rzucał krótkie polecenia:
— Wiadro wody.
— Zawieś pranie.
— Nakarm kury.
Czułam się przezroczysta. Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na góry. Myślałam o matce, która oddała mnie jak worek kartofli. O ojcu, który nigdy nie powiedział mi „kocham”. O Piotrze, który nawet nie próbował mnie zatrzymać.
Pewnej nocy obudził mnie krzyk. Wybiegłam na podwórko — Janusz leżał przy stajni, trzymając się za nogę.
— Cholera jasna! — syknął z bólu.
Bez zastanowienia podbiegłam do niego.
— Co się stało?
— Koń kopnął… Nie mogę wstać.
Pomogłam mu dojść do domu. Przez kolejne dni musiałam robić wszystko sama — i dla siebie, i dla niego. Gotowałam mu zupę, zmieniałam opatrunki na nodze. Po raz pierwszy spojrzał na mnie inaczej.
— Dziękuję — powiedział cicho pewnego wieczoru.
To jedno słowo było jak promień słońca po długiej zimie.
Z czasem Janusz zaczął mówić więcej. Opowiadał o żonie, która zmarła przy porodzie martwego dziecka. O samotności tak wielkiej, że czasem chciał wyć do księżyca. O tym, że ludzie we wsi go unikają, bo uważają go za dziwaka.
— A ty? — zapytał pewnego dnia niespodziewanie. — Dlaczego tu jesteś?
Zawahałam się.
— Bo… uznano mnie za bezwartościową. Bo nie mogę mieć dzieci.
Janusz spojrzał na mnie długo.
— Kto ci to powiedział?
— Lekarz… rodzina… wszyscy.
Pokręcił głową.
— Ludzie gadają różne rzeczy. Może to nie twoja wina?
Te słowa zaczęły kiełkować we mnie jak ziarno nadziei.
Minęły tygodnie. Z Januszem pracowaliśmy razem, śmialiśmy się czasem przy herbacie z lipy. Zaczęłam czuć się potrzebna — pierwszy raz od lat.
Któregoś dnia przyszła do nas sąsiadka Zosia z wiadomością:
— Aniu, twój były mąż ożenił się ponownie… I jego nowa żona też nie może zajść w ciążę!
Poczułam, jak świat wiruje mi przed oczami.
Janusz spojrzał na mnie uważnie.
— Widzisz? To nie ty byłaś winna.
Łzy popłynęły mi po policzkach — tym razem ze wzruszenia i ulgi.
Wieczorem siedzieliśmy razem przy kominku.
— Aniu… może zostaniesz tu na zawsze? Nie jako służąca… jako ktoś bliski?
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od dawna poczułam ciepło w sercu.
Dziś wiem jedno: nie jestem już tą samą Anną sprzed roku. Przeszłam przez piekło odrzucenia i upokorzenia, by odnaleźć siebie tam, gdzie nikt nie szukał — wśród gór i ludzi uznanych za dziwaków.
Czy naprawdę musimy pozwalać innym decydować o naszej wartości? Czy każda rana może stać się początkiem nowego życia? Czekam na wasze historie.