Samotny wyjazd Michała: Czy jeden wybór może zburzyć rodzinę?

– Michał, ty chyba żartujesz! – głos Ani drżał, a w oczach pojawiły się łzy. Stała w kuchni, ścierając ręce o fartuch, podczas gdy ja, z walizką przy nodze, próbowałem zebrać myśli.

– To tylko kilka dni. Potrzebuję tego – odpowiedziałem cicho, choć sam nie byłem pewien, czy bardziej próbuję przekonać ją czy siebie.

W domu pachniało zupą pomidorową i zmęczeniem. Dzieci biegały po korytarzu, a ja czułem się jak intruz we własnym życiu. Przez lata powtarzałem sobie, że wszystko robię dla nich: praca po godzinach, kredyt na mieszkanie, wieczne oszczędzanie na wszystkim. Ale kiedy szef wręczył mi awans i premię, poczułem coś dziwnego – jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju. Chciałem odetchnąć.

– Michał, nie rozumiesz? Ja też jestem zmęczona! – Ania podniosła głos. – Nie pamiętasz, kiedy ostatnio byliśmy gdzieś razem? Zawsze brakuje pieniędzy albo czasu. A teraz ty po prostu… wyjeżdżasz?

Nie miałem odpowiedzi. W głowie kłębiły mi się myśli: czy jestem egoistą? Czy naprawdę zasługuję na chwilę dla siebie?

Wyjechałem następnego dnia. W pociągu do Zakopanego patrzyłem przez okno na szare pola i zastanawiałem się, czy Ania już mnie nienawidzi. Telefon milczał. Zamiast ulgi czułem ciężar winy.

W schronisku było cicho. Góry otulały mnie chłodem i spokojem, jakiego nie znałem od lat. Próbowałem nie myśleć o domu, ale każda myśl wracała do Ani i dzieci. W głowie słyszałem jej słowa: „Ja też jestem zmęczona”.

Drugiego dnia zadzwoniła mama:
– Michał, Ania płakała przez telefon. Dzieci pytają, kiedy wrócisz. Co się u was dzieje?

Nie umiałem odpowiedzieć. Wyszedłem na szlak, żeby uciec od własnych myśli. Po drodze spotkałem starszego mężczyznę – pana Stefana. Siedział na ławce i patrzył w dal.

– Sam pan? – zapytał.
– Tak… Chciałem odpocząć od wszystkiego.
– Od wszystkiego? – uśmiechnął się smutno. – Ja tak zrobiłem dwadzieścia lat temu. Tylko że potem nie było już do czego wracać.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek innego. Przypomniałem sobie pierwsze lata z Anią – wspólne spacery po parku, śmiech dzieci, nawet te kłótnie o drobiazgi. Czy naprawdę chciałem to stracić?

Wieczorem zadzwoniłem do Ani. Odebrała po kilku sygnałach.
– Michał…
– Przepraszam – powiedziałem od razu. – Nie powinienem był wyjeżdżać sam. Chciałem odpocząć, ale…
– Ale co?
– Bez was to nie ma sensu.

W słuchawce długo panowała cisza.
– Wrócisz?
– Jutro pierwszym pociągiem.

Kiedy wróciłem do domu, dzieci rzuciły mi się na szyję. Ania stała w progu, zmęczona i blada, ale w jej oczach zobaczyłem cień ulgi.

Usiedliśmy razem przy stole. Rozmawialiśmy długo – o zmęczeniu, o marzeniach, o tym, jak bardzo się mijamy w codzienności. Po raz pierwszy od dawna poczułem, że naprawdę jesteśmy razem.

Od tamtej pory staramy się znaleźć czas dla siebie nawzajem – choćby to była wspólna kawa rano czy spacer po osiedlu wieczorem. Nie jest łatwo. Czasem znowu mam ochotę uciec w góry albo zamknąć się w sobie. Ale wiem już, że samotność nie jest odpowiedzią.

Czasem patrzę na Anię i zastanawiam się: ile jeszcze takich decyzji przed nami? Czy można nauczyć się dbać o siebie nawzajem bez rezygnowania z siebie samego? Może wy też macie podobne doświadczenia? Jak radzicie sobie z codziennym zmęczeniem i potrzebą chwili tylko dla siebie?