Samotna na podwórku: Historia polskiej matki z małej wsi
— Znowu przyszła sama, bez męża — usłyszałam za plecami, kiedy tylko przekroczyłam próg sklepu spożywczego w naszej wsi. Głos należał do pani Haliny, która od lat była nieformalnym centrum informacji i plotek w całej okolicy. Udawałam, że nie słyszę, choć serce ścisnęło mi się w piersi. Zawsze tak było — odkąd zostałam sama z synem, każdy mój krok był obserwowany, oceniany, komentowany. Nawet zwykłe zakupy stawały się sceną, na której rozgrywał się spektakl mojej samotności.
Mam na imię Marta. Mam trzydzieści cztery lata i od pięciu lat wychowuję mojego syna, Janka, sama. Mój mąż, Tomek, odszedł nagle — najpierw do innej kobiety, potem do innego miasta. Zostawił nas bez słowa wyjaśnienia, bez pieniędzy, bez wsparcia. Z dnia na dzień musiałam nauczyć się być matką, ojcem, przyjaciółką i powierniczką dla mojego dziecka. Ale najtrudniejsze nie było to, że zostałam sama. Najtrudniejsze było to, jak patrzyli na mnie inni.
Pamiętam pierwszy dzień po odejściu Tomka. Siedziałam na ławce przed domem, patrząc na bawiącego się Janka. Wtedy podeszła do mnie moja matka, Zofia. — Marta, co teraz zrobisz? — zapytała cicho, ale w jej głosie słyszałam rozczarowanie. — Ludzie będą gadać. Wiesz, jak tu jest. — Wiem, mamo — odpowiedziałam, choć łzy cisnęły mi się do oczu. — Ale nie mam wyboru. Muszę być silna dla Janka.
Od tamtej pory każdy dzień był walką. Rano wstawałam przed świtem, żeby przygotować śniadanie, odprowadzić syna do przedszkola, potem biec do pracy w sklepie spożywczym na drugim końcu wsi. Po południu odbierałam Janka, robiłam zakupy, gotowałam obiad, pomagałam mu w lekcjach. Wieczorami, kiedy zasypiał, siadałam na werandzie i pozwalałam sobie na chwilę słabości. Czasem płakałam, czasem po prostu patrzyłam w ciemność, próbując zrozumieć, dlaczego moje życie potoczyło się właśnie tak.
Najgorsze były niedziele. Wtedy cała wieś szła do kościoła, a ja czułam na sobie setki oczu. — Marta, a może byś sobie kogoś znalazła? — zagadywała mnie sąsiadka, pani Teresa, z udawaną troską. — Dziecko potrzebuje ojca. — Uśmiechałam się grzecznie, choć w środku gotowałam się ze złości. Czy naprawdę bycie samotną matką to taka hańba? Czy moje dziecko jest gorsze, bo nie ma ojca?
Najbardziej bolały mnie słowa mojej siostry, Anny. — Marta, może gdybyś była inna, Tomek by nie odszedł — powiedziała kiedyś podczas rodzinnego obiadu. — Może za dużo wymagałaś? — Wtedy nie wytrzymałam. — Może to on był za słaby, żeby być ojcem i mężem! — krzyknęłam, rzucając serwetkę na stół. W domu zapadła cisza. Matka spojrzała na mnie z wyrzutem, ojciec spuścił wzrok. Tylko Janek, siedzący obok mnie, ścisnął moją dłoń.
Z czasem nauczyłam się ignorować szepty i spojrzenia. Skupiłam się na Janku. Chciałam, żeby był szczęśliwy, żeby nie czuł się inny. Zapisałam go na zajęcia sportowe, chodziłam z nim na spacery po lesie, uczyłam go, jak radzić sobie z trudnościami. Ale nawet wtedy nie mogłam uciec od przeszłości. Kiedy Janek miał osiem lat, wrócił ze szkoły zapłakany. — Mamo, dzieci mówią, że nie mam taty, bo mnie nikt nie chciał — wyszeptał, tuląc się do mnie. Serce mi pękło. — Janku, jesteś najważniejszy na świecie. Masz mnie. I zawsze będziesz miał — powiedziałam, choć łzy spływały mi po policzkach.
W pracy też nie było łatwo. Szefowa, pani Grażyna, często dawała mi do zrozumienia, że powinnam być wdzięczna za każdą godzinę. — Samotna matka, to zawsze problem — mruczała pod nosem, kiedy prosiłam o wolne na wizytę u lekarza z Jankiem. Czułam się jak ciężar, jak ktoś, kto zawsze prosi o litość. Ale nie miałam wyboru. Musiałam pracować, żeby utrzymać dom, opłacić rachunki, kupić synowi buty na zimę.
Czasem wydawało mi się, że już nie dam rady. Że ta wieś, te plotki, ta ciągła walka mnie zniszczą. Ale wtedy patrzyłam na Janka i wiedziałam, że nie mogę się poddać. On był moją siłą. Dla niego znosiłam wszystko — samotność, upokorzenia, zmęczenie.
Pewnego dnia, kiedy wracałam z pracy, spotkałam na drodze Tomka. Stał przy swoim nowym samochodzie, z nową partnerką. Uśmiechnął się do mnie, jakby nic się nie stało. — Marta, jak tam Janek? — zapytał, jakbyśmy byli starymi znajomymi. — Dobrze. Radzimy sobie — odpowiedziałam chłodno. — Może kiedyś go odwiedzę — rzucił, ale wiedziałam, że to tylko słowa. Nie potrzebowaliśmy go. Już nie.
Dziś, po pięciu latach, patrzę na siebie z dumą. Przeszłam przez piekło, ale nie złamałam się. Janek jest wesołym, mądrym chłopcem. Ma przyjaciół, dobre oceny, marzenia. Ja nauczyłam się, że nie muszę nikomu nic udowadniać. Że mogę być szczęśliwa, nawet jeśli nie spełniam oczekiwań innych.
Czasem jednak, kiedy siedzę sama na podwórku, słyszę w głowie głosy z przeszłości. — Samotna matka, nieudacznik, wstyd dla rodziny… — Ale już się ich nie boję. Wiem, kim jestem. I wiem, że jestem wystarczająca.
Czy naprawdę musimy żyć według cudzych oczekiwań? Czy samotność to powód do wstydu, czy może do dumy? Może warto czasem spojrzeć na siebie oczami własnego dziecka i zobaczyć w sobie bohatera, a nie ofiarę?