Po rozwodzie syna straciłam kontakt z ukochaną synową. Czy naprawdę stałam się dla niej obcą osobą?

— Mamo, nie dzwoń już do Kasi. To nie ma sensu — głos Pawła był twardy, jakby chciał zamknąć temat raz na zawsze. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który nagle wydał mi się za ciężki. Przez chwilę miałam ochotę rzucić nim o ścianę, żeby coś w końcu pękło — cokolwiek, byle nie tylko moje serce.

Kasia pojawiła się w naszym życiu sześć lat temu. Pamiętam dokładnie ten dzień — Paweł przyprowadził ją na rodzinny obiad. Była trochę spięta, ale jej uśmiech rozjaśnił cały pokój. Miała w sobie coś, co sprawiało, że chciało się jej słuchać. Nie była z tych dziewczyn, które grają lub udają. Od razu poczułam, że to ktoś wyjątkowy.

Na początku byłam ostrożna. Każda matka chce dobrze dla swojego dziecka, a ja już widziałam kilka złamanych serc w rodzinie. Ale Kasia szybko zdobyła moje zaufanie. Rozmawiałyśmy godzinami o wszystkim — o książkach, o pracy, o tym, jak trudno jest być młodą kobietą w dzisiejszych czasach. Czułam się przy niej młodsza, potrzebna. Kiedy Paweł oświadczył się Kasi, płakałam ze szczęścia.

Ich ślub był skromny, ale pełen ciepła. Pamiętam, jak Kasia śmiała się przez łzy, kiedy Paweł nie mógł znaleźć obrączki w kieszeni garnituru. Wtedy jeszcze wierzyłam, że wszystko będzie dobrze.

Ale życie potrafi zaskoczyć. Po trzech latach zaczęły się ciche dni i coraz częstsze kłótnie. Paweł zamykał się w sobie, Kasia stawała się coraz bardziej nerwowa. Próbowałam nie wtrącać się za bardzo — wiedziałam, że młodzi muszą sami rozwiązywać swoje problemy. Ale kiedy pewnego dnia Kasia przyszła do mnie zapłakana i powiedziała: „Nie wiem już, co robić”, poczułam się bezradna jak nigdy wcześniej.

— Może powinniście spróbować terapii? — zaproponowałam ostrożnie.
— Paweł nie chce nawet o tym słyszeć — odpowiedziała cicho.

Wiedziałam, że mój syn jest uparty. Zawsze taki był — jak coś sobie postanowił, nie było zmiłuj. Ale nie sądziłam, że to doprowadzi ich do rozwodu.

Kiedy wszystko się rozpadło, próbowałam być wsparciem dla obojga. Dla Pawła — bo to mój syn. Dla Kasi — bo była dla mnie jak córka. Ale nagle coś się zmieniło. Kasia przestała odbierać moje telefony. Nie odpisywała na wiadomości. Na ulicy udawała, że mnie nie widzi.

— Mamo, ona chce zacząć nowe życie — tłumaczył Paweł. — Musisz to uszanować.

Ale jak mam uszanować coś, co boli mnie tak bardzo? Przecież przez lata byłyśmy sobie bliskie. Pomagałam jej urządzać mieszkanie, piekłyśmy razem ciasta na święta, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Czy naprawdę można tak po prostu przekreślić wspólne lata?

Pewnego dnia spotkałam Kasię w sklepie spożywczym. Stała przy kasie z koszykiem pełnym zakupów. Zobaczyła mnie i na ułamek sekundy w jej oczach pojawiło się coś znajomego — może smutek, może wyrzut sumienia. Podeszłam bliżej.

— Kasiu…

Odwróciła głowę.

— Przepraszam, ale naprawdę nie mogę teraz rozmawiać — powiedziała szybko i wyszła ze sklepu.

Stałam tam jeszcze chwilę, czując jak łzy napływają mi do oczu. Ludzie patrzyli na mnie ze współczuciem albo z ciekawością — nie wiem co gorsze.

Wieczorem długo siedziałam przy stole i patrzyłam na zdjęcia z ich ślubu. Na jednym Kasia obejmuje mnie ramieniem i obie śmiejemy się do obiektywu. Jak mogło się to wszystko tak skończyć?

Próbowałam tłumaczyć sobie, że to naturalne — po rozwodzie więzi się zrywają, każdy idzie swoją drogą. Ale przecież nie byłam winna temu, co się stało między nimi! Czy naprawdę muszę płacić za błędy mojego syna?

Zaczęłam analizować wszystko od początku: czy byłam zbyt nachalna? Może powinnam była trzymać większy dystans? Może Kasia czuła się osaczona moją troską? Ale przecież nigdy nie robiłam niczego na siłę…

Paweł coraz rzadziej mnie odwiedzał. Zajęty pracą, nowymi znajomościami… Czułam się coraz bardziej samotna w pustym mieszkaniu pełnym wspomnień.

Pewnego wieczoru zadzwoniła moja siostra, Basia.

— Musisz odpuścić — powiedziała stanowczo. — Wiem, że ci ciężko, ale nie możesz żyć przeszłością.
— Ale ja ją kochałam jak własną córkę…
— Wiem. Ale ona teraz musi poukładać sobie życie na nowo. Ty też powinnaś spróbować.

Łatwo powiedzieć…

Dni mijały jeden za drugim. Czasem łapałam się na tym, że układam dwa talerze do obiadu albo kupuję ulubioną kawę Kasi w sklepie. Potem przypominałam sobie, że już jej nie będzie przy moim stole.

Ostatnio widziałam ją z daleka na spacerze w parku. Siedziała na ławce z książką na kolanach i wyglądała spokojnie — może nawet szczęśliwie? Przez chwilę miałam ochotę podejść i zapytać: „Czy naprawdę już mnie nie potrzebujesz?” Ale nie zrobiłam tego.

Może tak właśnie musi być? Może czasem trzeba pozwolić ludziom odejść, nawet jeśli boli to bardziej niż własny rozwód?

Czasem myślę: czy można tak po prostu wymazać kogoś ze swojego życia? Czy więzi rodzinne są naprawdę aż tak kruche? A może to ja za bardzo wierzyłam w bajki o rodzinie na zawsze?