Ostatni świt dla Zosi: historia matki, która musiała pożegnać swoje dziecko, by uratować inne życie

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz spałam spokojnie. Może wtedy, gdy Zosia jeszcze była zdrowa, zanim ten przeklęty wypadek roztrzaskał naszą codzienność na tysiące kawałków. Siedzę teraz na plastikowym krześle w szpitalnej sali, patrząc na jej drobną twarz, bladą i spokojną, jakby tylko spała. Wokół mnie cicho szeleszczą pielęgniarki, a z korytarza dobiega cichy śpiew kołysanki. „Śpij, kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz…”. Głos drży mi w gardle.

— Pani Marto, czy jest pani pewna? — pyta doktor Nowak, patrząc mi prosto w oczy. Jego spojrzenie jest twarde, ale w kącikach oczu widzę zmęczenie i smutek. — To bardzo trudna decyzja.

Nie odpowiadam od razu. Czuję, jakby ktoś ściskał mnie za gardło. Przez ostatnie godziny powtarzam sobie w myślach: „To dla innych dzieci. To dla innych matek”. Ale czy naprawdę jestem w stanie to zrobić? Czy mogę pozwolić odejść mojej Zosi, by inne dzieci mogły żyć?

Mój mąż, Tomek, stoi przy oknie. Od wypadku prawie się nie odzywa. Wiem, że cierpi tak samo jak ja, ale każdy z nas zamknął się w swoim bólu. Próbuję złapać jego wzrok, ale on patrzy gdzieś daleko za szybę, jakby miał nadzieję, że tam znajdzie odpowiedź na pytanie, którego nikt z nas nie chce zadać.

— Marta… — odzywa się cicho. — Może jeszcze poczekajmy? Może wydarzy się cud?

Wiem, że nie będzie cudu. Lekarze byli szczerzy: Zosia nie wróci do nas. Jej serce bije tylko dzięki maszynom. Ale jej organy mogą uratować inne dzieci — dzieci takie jak ona, które mają jeszcze szansę na życie.

Pamiętam dzień wypadku jak przez mgłę. Jechaliśmy do babci na wieś. Zosia śmiała się na tylnym siedzeniu, śpiewała swoją ulubioną piosenkę o kotku. Potem był huk, krzyk, światło migających syren i krew na moich dłoniach. Od tamtej chwili wszystko się zmieniło.

W szpitalu czas płynie inaczej. Każda minuta ciągnie się jak godzina. Pielęgniarki są delikatne i ciche, jakby bały się zakłócić ciszę tej sali śmierci i nadziei jednocześnie. Przychodzą lekarze z papierami do podpisania, tłumaczą procedury transplantacji, pytają o zgodę.

— Proszę pamiętać — mówi doktor Nowak — że dzięki Zosi inne dzieci będą mogły żyć. To ogromny dar.

Słowo „dar” brzmi jak bluźnierstwo. Jak mogę oddać komuś moje dziecko? Jak mam pogodzić się z tym, że jej serce będzie biło w innym ciele?

Mama dzwoni co godzinę. Płacze do słuchawki:

— Córeczko, nie rób tego pochopnie… Może Bóg jeszcze ją uratuje…

Ale ja już nie wierzę w cuda. Wierzę tylko w to, że mogę zrobić coś dobrego z tego niewyobrażalnego bólu.

Tomek wychodzi z sali bez słowa. Słyszę trzask drzwi. Zostaję sama z Zosią i maszynami podtrzymującymi jej życie. Siadam przy jej łóżku i głaszczę ją po włosach.

— Przepraszam cię, kochanie — szepczę drżącym głosem. — Przepraszam, że nie mogłam cię ochronić.

Wspominam jej pierwszy uśmiech, pierwsze kroki, pierwsze „mama” wypowiedziane z dumą i radością. Wspominam nasze wspólne wieczory z bajkami i kakao. Jak mam pozwolić odejść temu wszystkiemu?

Nagle do sali wchodzi pielęgniarka Basia. Zawsze była dla nas dobra — przynosiła mi herbatę i ciepłe słowa wtedy, gdy najbardziej ich potrzebowałam.

— Pani Marto — mówi cicho — wiem, że to najtrudniejsze, co może spotkać matkę. Ale proszę pamiętać: Zosia zostawi po sobie coś pięknego.

Patrzę na nią przez łzy.

— Czy pani kiedyś musiała podjąć taką decyzję?

Basia spuszcza wzrok.

— Nie… Ale moja siostra dostała nowe serce jako dziecko. Dzięki temu żyje do dziś.

Cisza między nami jest ciężka i pełna bólu. Wiem już, co muszę zrobić.

Podpisuję papiery drżącą ręką. Każda litera to jak cios w serce. Lekarze dziękują mi szeptem, jakby bali się złamać ciszę tej chwili.

Ostatni raz całuję Zosię w czoło.

— Kocham cię najbardziej na świecie — mówię jej do ucha. — Bądź szczęśliwa tam, gdzie teraz pójdziesz.

Pielęgniarki śpiewają cicho kołysankę. Zamykam oczy i pozwalam łzom płynąć swobodnie po policzkach.

Kiedy wychodzę z sali operacyjnej, czuję się pusta i wyczerpana. Tomek stoi na korytarzu i patrzy na mnie bez słowa. Przytulam go mocno i razem płaczemy — pierwszy raz od wielu dni naprawdę razem.

Minęły tygodnie od tamtego dnia. Czasem myślę o dzieciach, które dostały nowe życie dzięki Zosi. Czy ich matki wiedzą, jak wielką cenę zapłaciłam za ich szczęście? Czy ja kiedykolwiek pogodzę się z tą stratą?

Czasami pytam siebie: czy zrobiłam dobrze? Czy można być dobrą matką, pozwalając odejść własnemu dziecku dla dobra innych? I czy kiedykolwiek znajdę odpowiedź na to pytanie?