Nie spodziewałam się, że rodzinne wizyty mogą być aż tak wyczerpujące. Mam dość, zwłaszcza mojego siostrzeńca…

– Ciociu, a gdzie są te pierogi, co zawsze robisz? – Kuba już od progu rzucił plecak na podłogę i rozsiadł się na kanapie, nawet nie zdejmując butów. Z kuchni dobiegał zapach pieczonego chleba, a ja z trudem powstrzymałam się od westchnienia. Woda w czajniku już dawno przestała wrzeć, bo zanim zdążyłam ją przelać do kubków, musiałam jeszcze nakarmić kury i wyciągnąć z piwnicy słoiki z kompotem.

– Zaraz będą, tylko zdejmij buty, proszę – powiedziałam cicho, ale Kuba nawet nie drgnął. Jego matka, moja siostra Anka, rozglądała się po kuchni z miną inspektora sanitarnego.

– Ojej, Marysiu, znowu masz te stare firanki? Przecież mówiłam ci, że mogę ci kupić nowe – rzuciła niby żartem, ale w jej głosie czułam nutę pogardy.

Zacisnęłam dłonie na fartuchu. Od rana biegałam po podwórku – najpierw trzeba było wyciągnąć wodę ze studni, bo pompa znowu się zacięła. Potem świnie zaczęły ryczeć, bo ktoś zapomniał zamknąć furtkę i rozniosły pół ogrodu. A teraz jeszcze to – rodzina przyjechała na weekend i oczekuje obsługi jak w hotelu.

Kiedyś cieszyłam się na ich wizyty. Byłam wdową od dziesięciu lat i każda obecność bliskich była dla mnie świętem. Ale od jakiegoś czasu coś się zmieniło. Może to ja się zmieniłam? Może po prostu mam już dość bycia niewidzialną służącą we własnym domu?

– Marysiu, a masz może jeszcze ten dżem z malin? Kuba uwielbia! – Anka zajrzała do spiżarki bez pytania.

– Jest na półce po lewej – odpowiedziałam mechanicznie i wróciłam do lepienia pierogów. Ręce mi drżały ze zmęczenia. Przez całą noc nie spałam, bo bałam się, że nie zdążę ze wszystkim na czas.

Kuba tymczasem rozłożył się na kanapie z telefonem. Nawet nie spojrzał na mnie ani razu. Kiedy poprosiłam go o pomoc przy wynoszeniu drewna do pieca, przewrócił oczami.

– Ciociu, ja mam ferie! Nie po to tu przyjechałem, żeby pracować!

Zatkało mnie. Przez chwilę miałam ochotę wybuchnąć płaczem albo krzykiem. Ale tylko skinęłam głową i sama poszłam po drewno. Po drodze minęłam lustro w korytarzu – zobaczyłam w nim kobietę z podkrążonymi oczami i siwymi włosami wymykającymi się spod chustki.

Wieczorem, kiedy wszyscy siedzieli przy stole i śmiali się z żartów Kuby, ja zmywałam naczynia w zimnej wodzie. Słyszałam ich rozmowy przez uchylone drzwi:

– Mama, czemu ciocia taka dziwna? – zapytał Kuba szeptem.

– Ona zawsze taka była… trochę dziwaczka. Ale przynajmniej dobrze gotuje – odpowiedziała Anka.

Poczułam ukłucie w sercu. Czy naprawdę tak mnie widzą? Jako kucharkę i sprzątaczkę?

Następnego dnia rano obudził mnie hałas – Kuba grał na konsoli podłączonej do mojego telewizora. Nawet nie zapytał o pozwolenie. W kuchni Anka narzekała na brak kawy z ekspresu.

– Marysiu, jak ty tu żyjesz? Bez porządnej kawy? Bez internetu? Przecież to średniowiecze!

Zacisnęłam zęby i wyszłam na podwórko. Musiałam nakarmić kury i wyciągnąć wodę ze studni – znów sama. W pewnym momencie usiadłam na ławce pod starą jabłonią i rozpłakałam się jak dziecko.

Przypomniały mi się czasy, kiedy byłam młoda i wszystko wydawało się prostsze. Kiedy mój mąż żył i razem dbaliśmy o dom. Teraz zostałam sama – i nikt tego nie widzi.

Wieczorem zebrałam się na odwagę.

– Anka… musimy porozmawiać – powiedziałam cicho.

Moja siostra spojrzała na mnie zaskoczona.

– O co chodzi?

– Nie chcę już takich wizyt… Przepraszam, ale jestem zmęczona. Nie daję rady sama wszystkiego ogarniać. Czuję się jak służąca we własnym domu.

Anka wybuchła śmiechem.

– Oj Marysiu, przesadzasz! Przecież to tylko kilka dni! Co ci szkodzi?

Ale ja już wiedziałam swoje.

– Szkodzi mi… bo nikt mnie nie szanuje. Bo Kuba nie pomaga, tylko wymaga. Bo ty traktujesz mnie jak kogoś gorszego…

Zapadła cisza. Anka patrzyła na mnie przez chwilę bez słowa.

– Może rzeczywiście powinniśmy rzadziej przyjeżdżać… – mruknęła w końcu i wyszła z kuchni.

Kuba nawet się nie pożegnał, kiedy następnego dnia wyjeżdżali. Zostałam sama w pustym domu. Przez chwilę poczułam ulgę… ale potem przyszło poczucie winy.

Czy naprawdę dobrze zrobiłam? Czy rodzina nie powinna być najważniejsza? A może czasem trzeba postawić granice, żeby nie zatracić samej siebie?

Czasami patrzę na swoje spracowane ręce i zastanawiam się: czy warto było poświęcać wszystko dla innych? Czy ktoś kiedyś doceni to, co robię? A może powinnam w końcu pomyśleć o sobie?